Portman… nawet jeśli ktoś nie kojarzy tej marki, to z pewnością wszystkim znane są jej produkty. Piękne, dekoracyjne, vintage’owe oprawy oświetleniowe, uświetniają od jakiegoś czasu znakomitą ilość eventów telewizyjnych, ale i też plenerowych. Powiem wprost: te urządzenia są po prostu wszędzie. Portman to również produkty, które pojawiają się w instalacjach stałych, czy to w klubach, czy też obiektach użyteczności publicznej. Ich charakterystyczny wygląd sprawił, że świat oszalał na ich punkcie – i tu wcale nie ma przesady w takim twierdzeniu. Właściwie nie trudno byłoby zapełnić całe nasze wydanie informacjami o tym, gdzie te znakomite „światła” zostały użyte – raczej łatwiej byłoby wymienić, gdzie ich jeszcze nie było… Zatem przytoczę tylko kilka przykładów, które utkwiły mi w pamięci. Portman był z pewnością widoczny na koncercie Stinga kilka lat temu w Polsce, podczas występu Lionela Richie w 2019 roku, czy też Skunk Anansie na dużym europejskim festiwalu.

To rzeczywiście ogromny sukces i z wielkim podziwem przyglądam się zawsze tak spektakularnym akcentom w naszej branży. Patrząc z perspektywy odbiorcy, można by rzec, iż Portman pojawił się na rynku nagle i to naprawdę z „przytupem”. Choć ten przytup nie umknął mojej uwadze, to jedna informacja wprawiła mnie w osłupienie. Pamiętam moment, kiedy odkryłem, iż ten światowy sukces wypracowali… Polacy. Tak, tak! Portman jest od początku do końca marką polską, stworzoną przez trzech panów. I choć dziś udziałowcami są również takie gwiazdy branży jak ludzie odpowiedzialni swego czasu za Ayrtona, to jednak pakiet większościowy nadal został w rękach polskich twórców. Również cała produkcja po dziś dzień odbywa się w rejonie Trójmiasta. Jak do tego doszło? Jak można osiągnąć tak wspaniały sukces? Kiedy zacząłem rozmawiać (jeszcze przed oficjalnym wywiadem) z jednym z założycieli i właścicieli Portmana – Dominikiem Zimakowskim, wspomniałem o początkach innych, dziś wielkich koncernów. Na bazie wywiadów, które dane mi było przeprowadzić z ludźmi, którzy kreują naszą branżę, mogę właściwie uwypuklić jeden, wspólny mianownik. Na początku każdej z tych ścieżek prowadzących do rozkwitu danej marki jest widoczny pewien schemat: pierwsze inżynieryjne wynalazki, które powstają z pasji, są konstruowane… w garażu. Kiedy tylko Dominik usłyszał te słowa, uśmiechnął się tylko i skwitował to słowami: „u nas było podobnie”.

Paweł Murlik, „Muzyka i Technologia”: No właśnie! Chyba najlepiej będzie zacząć od pomysłu. Jestem bardzo ciekawy, jak i kiedy zrodził się pomysł na Portmana i jaka była Twoja ścieżka?
Dominik Zimakowski, Portman:
Początek był taki, że jestem kompletnie spoza branży. Pracowałem raczej w sektorach IT i ICT. Pracując np. w firmie telekomunikacyjnej, po godzinach wraz z grupą zapaleńców zajmowaliśmy się zupełnie innymi rzeczami. Między innymi byliśmy dystrybutorem czarnej wody mineralnej, czy też butów pięciopalczastych. Następnie przyszedł czas na software house. Jeden z wspólników rozwinął szkołę programowania, która istnieje po dziś dzień, a ja szukając miejsca dla siebie… Wykorzystaliśmy taki mały start-up polegający na tworzeniu do gier interaktywnych na potrzeby wydarzeń losowych. To była bardzo prosta rzecz. W przerwach technicznych rozgrywek, choćby sportowych, na telebimach były widoczne samochodziki. Publiczność podzielona na dwie strefy, krzykiem (ilością decybeli) decydowała o jego prędkości. To się znakomicie sprawdzało, jednak natknęliśmy się na problemy związane z monetyzacją tego pomysłu.

Łukasz Sztejna i Dominik Zimakowski na targach PLASA London 2017 r.

 

A jak się zrodził sam Portman?
Patrząc z mojej perspektywy to przypadek. Z Łukaszem (Łukasz Sztejna, współwłaściciel firmy – przyp. aut) skontaktowała mnie jego siostra, która jest obecnie moją żoną. Po prostu… poznałem Łukasza i Krzyśka i to właśnie oni opracowali pierwszą oprawę.

 Zatrzymajmy się na chwilę w tym momencie. Co podpowiedziałbyś młodym, gniewnym? Ludziom po studiach inżynieryjnych, czy też wszystkim z otwartymi głowami. Jak właśnie tworzy się od podstaw? Powiedziałeś, że panowie opracowali pierwszą oprawę, ale jak to dokładnie wyglądało?
Ta pierwsza oprawa powstała w piwnicy w Nowym Porcie, dzielnicy Gdańska. Stąd nazwa Port Man – człowiek z portu. Pomysł Krzyśka i Łukasza zrodził się właściwie stąd, iż oboje są realizatorami oświetlenia. To potrzeba wypełnienia sceny nie tylko elementami scenograficznymi, ale i też ładnie wyglądającymi urządzeniami oświetleniowymi. Projekt polegał też na spełnieniu pewnych kryteriów. Oprawa miała być zbudowana zgodnie z zasadą „plug and play”. Widzieliśmy niejednokrotnie podczas telewizyjnych show, ile sekund przeznacza się na zmiany scenograficzne. Moje zadanie polegało na odpowiedzi na pytania – co warto zrobić z takim produktem? W początkowej fazie braliśmy pod uwagę pomysł, że być może znajdziemy jakiegoś „anioła biznesu”, który włoży w to przedsięwzięcie swoje pieniądze. Zatem skupiłem się na opakowaniu tego pomysłu w biznesowe ramy, ale i też skonfrontowanie i zderzenie z rzeczywistością. Trzeba zdać sobie sprawę z pewnego obowiązującego schematu. Zwykle jest tak, że jeśli ktoś wymyśla daną koncepcję, to szybko może się okazać, iż pomimo stworzenia tego „najlepszego dziecka”, po konfrontacji z realnym światem nagle okazuje się, że jest już przynajmniej 15 podobnych produktów na rynku, a ten wcale nie okazuje się wyjątkowy. Jest wyjątkowy tylko w oczach jego twórcy. Jednak w tamtym czasie, gdy postawiliśmy sobie naprawdę trudne pytania, których było zresztą bardzo dużo – dało się na nie sensownie odpowiedzieć! W pierwszym momencie, kiedy to już się zaangażowałem, postanowiłem znaleźć tego „anioła biznesu” i… znalazłem. Na nasze szczęście potencjalny inwestor zwlekał z inwestycją. Wtedy podjęliśmy decyzję o stworzeniu spółki. Powiedziałem: dobra chłopaki! Półroczny projekt – jedziemy na grubo! Wszyscy angażujemy się na milion procent. Opakujemy nasz projekt trochę „po amerykańsku”. Tu pojawiły się decyzje typu strona tylko i wyłącznie w języku angielskim i to, iż uderzamy w świat, a nie będziemy najpierw testować naszego pomysłu na w rynku lokalnym. No i zadziałało. Przyznam, że odrobiłem solidnie lekcje, podglądając największe marki w branży, jednak w praktyce my zrobiliśmy wszystko nieco inaczej. Bardzo często podejmowaliśmy decyzje va banque.

Budowa stoiska Portman Lights podczas LDI Show w 2017 r.

A jak wygląda początkowa promocja takiego nieznanego jeszcze produktu? Targi branżowe?
Nigdy tego nie ukrywamy – wydaje się że to, co zrobiliśmy, jest nie do powtórzenia. Znaleźliśmy się w odpowiednim miejscu i czasie z odpowiednim produktem. Po prostu w tamtym czasie media społecznościowe jakoś bardziej sprzyjały nowym pomysłom. Jako przykład przytoczę umieszczenie jednego z naszych filmów promocyjnych we wrześniu 2016 roku. Naprawdę wydałem na jego promocję… sto złotych! W ciągu tygodnia film osiągnął 260 000 wyświetleń. To jest naprawdę dziś nie do powtórzenia bez inwestycji rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych. Wydaje się, że te pięć lat temu w mediach społecznościowych algorytmy działały nieco inaczej, a poza tym Internet był nieco mniej nasycony. Była też po prostu na rynku taka potrzeba. Światło żarowe, piękne dla oka i dla obiektywu… Natychmiast odezwało się do nas sporo realizatorów i lighting designerów, że właśnie czegoś takiego poszukują.

Ekipa Portman Lights oraz niemieckiego dystrybutora na targach Prolight+Sound we Frankfurcie w 2018 roku.

Ekipa Portman Lights oraz niemieckiego dystrybutora na targach Prolight+Sound we Frankfurcie w 2018 roku.

Czy naprawdę bazowaliście tylko na mediach internetowych?
Tu pojawia się wątek amerykański. W 2016 wzięliśmy udział targach w Las Vegas. Z pewnością te targi to jedno z najważniejszych wydarzeń na świecie związanych z rynkiem oświetleniowym. To dość zabawna historia. We wrześniu, nie czyniąc wcześniej żadnych przygotowań i nie mając też wiz, podjęliśmy decyzję, że lecimy pokazać nasz produkt. Dodam, że targi odbywają się pod koniec października – zatem czasu było niewiele. Nie mieliśmy jeszcze tak naprawdę samego produktu. Dysponowaliśmy jednym prototypem. Produkcja nie zdążyła po prostu wykonać kolejnych urządzeń… Szybko okazało się też, że nasze urządzenie nie zostało przygotowane do działania z „amerykańskim prądem”. Na szczęście udało się zaprojektować i wykonać tuż przed wylotem ulepszoną elektronikę. Takiego elektronicznego pająka musieliśmy zabrać ze sobą. Teraz wyobraź sobie, jak mógł zareagować urzędnik przy wjeździe do USA, widząc coś takiego w plecaku….

Zaraz… nagle pojawiła się produkcja. Ominęliśmy dość poważny wątek. Czy zdradzisz nam tajemnicę, gdzie tak naprawdę urządzenia z logiem Portman są produkowane?
Cała produkcja odbywa się w Polsce. Wcześniej podmioty wykonujące dla nas poszczególne komponenty były rozsiane w różnych województwach. Obecnie udało nam się skumulować cały proces w rejonie Trójmiasta. Oczywiście same diody LED, złącza typu Neutrik, czy też źródła halogenowe (w tym wypadku Osram) są importowane, jednak dziewięćdziesiąt procent wartości produktu powstaje w naszym kraju. Ma to też znaczenie dla stawek celnych przy eksporcie. Posiadamy certyfikaty, które poświadczają fakt produkcji odbywającej się na terenie Unii Europejskiej. W planach mamy też uruchomienie własnych linii produkcyjnych.

DOKA – dni otwarte, Moskwa 2018 r .

A co właściwie stanowiło ten pierwszy produkt Portmana? P1?
Tak! To była lampa P1. Pierwszą rzeczą, którą zrobiliśmy, kiedy jeszcze nikt nie widział tego urządzenia, to była rejestracja wzoru przemysłowego.

No cóż tu muszę powiedzieć, że przez te wszystkie lata spotkałem się z kopiami Waszego pomysłu i to nie raz…
Niektórzy nam gratulują i mówią, iż jest to wyraz uznania dla naszego pomysłu. Mówiąc inaczej: jeśli coś jest popularne, pojawiają się kopie. Czy można z tym walczyć? Można i walczymy! Zarówno w Stanach, jak i w Europie zostało dotychczas zniszczonych kilkaset urządzeń będących kopiami. Cały czas otwieramy nowe sprawy, choć z kwartału na kwartał jest ich mniej. W Chinach jest nieco trudniej. Ale współpracujemy z jedną chińską kancelarią, z którą to zaczęło nam się dobrze rozmawiać. To ważne, że mamy takiego partnera, ponieważ mam, niestety, nieodparte wrażenie, że Chińczycy po prostu nie rozumieją problemu. Tak po prostu jest. Ale to się zaczyna zmieniać nawet tam. Jako przykład podam jedną z instalacji w dość dużym klubie w Szanghaju, który wyposażono w nasze oprawy i właściciele nie chcieli żadnych podróbek.

Oprawy Portman na planie finałowych odcinków Mam Talent 2017.

Wróćmy na kontynent amerykański. Czy teraz z perspektywy czasu uważasz, że to był przełomowy moment? I kiedy pojawiło się zainteresowanie np. ludzi Ayrtona?
To był przełomowy moment! Co ciekawe, w Stanach podpisaliśmy również umowę z naszym polskim dystrybutorem i otworzyliśmy dyskusje z kilkoma innymi. Co było dalej? Posypały się zamówienia. Powstawało coraz to więcej realizacji z naszymi lampami. A to BBC, a to koncert Stinga, który realizował przecież Jacek Chojczak. Później targi we Frankfurcie, nowa lampa i gdzieś na początku 2018 zaczęły do nas docierać sygnały, że interesują się nami poważni inwestorzy. Ktoś nam kiedyś powiedział, żebyśmy nie zostali marką jednego hitu. Kiedy zaczęliśmy być stałymi bywalcami na targach i wypuściliśmy na rynek trzeci produkt, który dobrze się sprzedawał, okazało się, że przestaliśmy już być tylko ciekawostką. W tamtym momencie podchodziliśmy do pomysłu inwestycji z zewnątrz sceptycznie. Odpowiadaliśmy potencjalnie zainteresowanym podmiotom, że nie potrzebujemy pieniędzy. Ale im więcej tego typu propozycji padało, tym bardziej zaczęliśmy się nad tym zastanawiać. Być może znajdzie się ktoś, z kim poczujemy tę biznesową chemię i wykorzystamy czyjeś doświadczenie? Wtedy pojawili się ludzie z Francji z Axente – nasz francuski dystrybutor, który zawsze był w czołówce naszych partnerów i to nie tylko ze względu na obroty. To po prostu ludzie, którzy pokazali klasę również w pertraktacjach dotyczących umowy dystrybucyjnej. Skąd w tym Ayrton? To właśnie ci sami ludzie (Axente) byli odpowiedzialni za stworzenie i rozwój wspomnianej marki. Po sprzedaży Ayrtona w 2017 roku zaczęli po prostu szukać na rynku kolejnej inwestycji. Negocjacje trwały… rok. Dla nas najważniejsze (prócz biznesowej chemii), było ich ponad 30-letnie doświadczenie. Naprawdę ci ludzie znają branżę w skali światowej od podszewki. Tym samym w 2019 roku dołączyli do nas jako udziałowcy. Oczywiście zachowaliśmy z Łukaszem pakiet większościowy i nadal jesteśmy menadżerami firmy. Czasem nazywam naszych współudziałowców dobrymi wujkami.

Tak kończą podróbki!

COVID-19…
No właśnie! Jest rok 2019 i mamy współudziałowców. Zaczynamy działać i inwestować bardziej odważnie. Zaczęliśmy budowę stock’u magazynowego, aby uniknąć „pożarów” związanych z brakiem ciągłości dostaw. Pojawiają się dużo większe pieniądze. Wszystko wygląda doskonale. Nastaje rok 2020. Styczeń i luty okazują się najlepszymi pod kątem obrotów w całej historii spółki. Ale od marca 2020… możemy mówić praktycznie o spadku do zera. Kolejny wzrost następuje dopiero w listopadzie i grudniu 2020. Jedno jest w tym wszystkim ważne – przetrwaliśmy! I teraz, patrząc z perspektywy czasu, mogę powiedzieć jedynie, że gdyby pandemia wydarzyła się w 2017 lub 2018 roku, to nie mielibyśmy takiej szansy. Dziś w 2021 roku patrzymy bardzo optymistycznie w przyszłość. Przygotowujemy nowy produkt i mamy dużo kolejnych pomysłów. Jesteśmy przygotowani na to, że jesienią wrócimy w pełni do gry.

 Czy to wszystko, co się wydarzyło, tak dynamiczny rozwój firmy, gaszenie wszystkich pożarów… Czy to jest warte grzechu? Patrząc w przeszłość – poszedłbyś w tę samą stronę, gdybyś miał teraz inny wybór?
To, co się wydarzyło, uważam za życiowy sukces! Wcześniejsze projekty, te przed Portmanem, o których Ci wspominałem na początku, one po prostu w dużej mierze padły, nie traktowaliśmy ich poważnie. Były dla nas biznesową szkołą. Oczywiście szczegółowo konstruowaliśmy biznesplany, a jednak Portman rozwijał się szybciej i bardziej dynamicznie, niż wynikałoby to z planów. Albo jesteśmy słabymi strategami i źle planujemy (śmiech), albo jest się z czego naprawdę cieszyć. Ciekawym doświadczeniem jest też rozmowa o rozwoju z naszymi francuskimi partnerami. Porównanie ich i naszej ścieżki rozwoju. Czasem dochodzi do zabawnych sytuacji, gdzie wspominają, śmiejąc się do siebie: „Pamiętasz? Też mieliśmy takie dylematy”. Jest to bardzo ciekawe i fajne.

Dominik Zimakowski na stoisku Portman podczas LDI Show 2019.

Obecnie mierzymy się z rewolucją. Tak, jak było to możliwe jeszcze dekadę temu, tak dziś świat nie może już istnieć bez technologii LED. Sukces Portmana, a w szczególności modelu P1, to bazowanie na halogenowym źródle z niską temperaturą barwową. I owszem pojawił się model P1 mini z źródłami LED, ale to póki co stanowi wyjątek w linii produkcyjnej. Jeśli mógłbyś uchylić rąbka tajemnicy i opowiedzieć o przyszłości: LED czy tradycyjne źródła?
Oczywiście odpowiedź jest taka, że idziemy ku nowoczesności, ale jednocześnie będziemy starali się zachować ten charakter halogenowych źródeł poprzez odpowiedni dobór komponentów LED-owych i ich oprogramowanie. Ta sytuacja zaczęła się zmieniać kilka lat temu. Obecnie źródła LED-owe są bez problemów adaptowane w naszych nowych urządzeniach, tym bardziej, że zrobiliśmy bardzo duży skok technologiczny i mamy ścisłą współpracę z producentami LED-owych źródeł. Pierwsze przymiarki miały miejsce już w 2017 roku. Było też tak, że podczas targów mieliśmy już na zapleczu działający LED-owy prototyp. Mogliśmy go pokazywać zaufanym kontrahentom.

Czy tylko światło dekoracyjne?
Mamy takie marzenie, że jeśli ktokolwiek na świecie myśli o świetle dekoracyjnym, to natychmiast przychodzi mu na myśl Portman. Chcemy być postrzegani w naszej branży tak jak Pampers wśród pieluch.

Light The Sky – Gdańsk 2020

Trochę czekałem na ten moment (śmiech)! Nie raz, nie dwa bywałem na targach i na różnych scenach, i jedno jest pewne: wszyscy jesteśmy wariatami! A raczej poczucie humoru nas nie opuszcza… nigdy. Czy na sam koniec przytoczysz jakąś śmieszną anegdotę made in Portman?
O elektronicznym pająku na lotnisku, wyglądającym jak element bomby, już Ci wspominałem. Ale takich sytuacji było znacznie więcej. Dużo by tu opowiadać o sytuacjach z dystrybutorami w różnych krajach. Historia, która utkwiła mi w pamięci, dotyczy naszych pierwszych targów w Niemczech. Na targi w Frankfurcie postanowiliśmy wybrać się busem i do tego wymyśliliśmy, że sami zmontujemy stoisko wraz z zawieszeniem urządzeń. Właściwie długo nie myśleliśmy o tym, ile czasu potrzeba na zbudowanie stoiska. Wnioski przecież były proste: mamy mały set, więc z pewnością jeden dzień wystarczy. Busem wypchanym po sufit jechaliśmy całą noc, żeby we Frankfurcie być około 6 rano i rozpocząć montaż. Pierwsze schody pojawiły się w momencie, kiedy to okazało się, że Messe Frankfurt to… zespół kilkunastu budynków. Od razu wywnioskowaliśmy, że raczej na tak olbrzymim terenie panują ściśle określone zasady odnośnie wjazdu, rozładunku i parkowania samochodów. I tak rzeczywiście jest. Kilkanaście bram, przepustki z wjazdem do wyznaczonego miejsca i godzina na rozładunek. Następnie auto musi opuścić teren targów. Na nasze stoisko trafiliśmy po czterech godzinach. Niemiecki dystrybutor, który budował stoisko już od tygodnia, powiedział jedno krótkie zdanie: „nie zdążycie”. To mrowisko pełne ludzi, wózków widłowych, ciągów komunikacyjnych zastawionych sprzętem nie rokowało zbyt dobrze. Sytuację uratował jeden z ochroniarzy, który czas parkowania naszego busa na terenie targów potraktował z dużą rezerwą. Finalne programowanie i uruchamianie show skończyliśmy około 9:00 rano następnego dnia i o 10:00 byliśmy „gotowi” do targów, styrani całkowicie.

 

Miałem sporo refleksji po rozmowie z Dominikiem. Jaka konkluzja? Chciałbym właściwie przekazać kilka prostych słów młodym i starszym adeptom branży: nie należy się bać własnych marzeń. Będę Was drodzy czytelnicy z wielką radością informował o kolejnych sukcesach Portman Lights na łamach „MiT”. Na zakończenie warto również dodać, że dystrybutorem urządzeń Portman Lights na terenie naszego kraju jest firma PS TEATR.

Tekst: Paweł Murlik, Muzyka i Technologia
Zdjęcia: Archiwum Portman Lights