
W tym roku firma GMB Pro Sound obchodzi swoje 30-lecie. To doskonała okazja, by przybliżyć nie tylko historię jednej z najbardziej rozpoznawalnych polskich firm nagłośnieniowych, ale też drogę, jaką przez trzy dekady przeszła cała branża koncertowa w Polsce. Od pierwszych profesjonalnych systemów, przez pionierskie realizacje telewizyjne po wielkoskalowe produkcje plenerowe, GMB Pro Sound konsekwentnie budowało swoją pozycję na rynku. Opierało ją nie tylko na sprzęcie, ale przede wszystkim na ludziach, wiedzy i standardach pracy. To opowieść o firmie, która od początku stawiała na zespół, niezawodność i gotowość do podejmowania zadań, których inni nie zawsze chcieli się podjąć. O tym, jak budowała się renoma firmy, jak zmieniał się rynek, co naprawdę decyduje o jakości realizacji i dlaczego nawet najlepszy sprzęt nie zastąpi kompetentnych ludzi, rozmawiamy z prezesem GMB Pro Sound, Januszem Jonaszem Tołopiło.
Marcin Ziniak, Muzyka i Technologia: Czy możesz przybliżyć naszym czytelnikom początki działalności Waszej firmy? Jak to się wszystko zaczęło i skąd wzięła się nazwa GMB?
Janusz Jonasz Tołopiło, GMB Pro Sound: Nazwa GMB ma swoje źródło jeszcze w czasach, gdy razem z moim wspólnikiem , Leonem Paduchem, pracowaliśmy w zespole muzycznym, od którego nazwy zaczerpnęliśmy ten skrót. Był prosty, chwytliwy i łatwy do zapamiętania, więc z czasem po prostu został z nami na dłużej.
W tym roku mija 30 lat działalności GMB Pro Sound.
Przyznam, że sam jestem tym trochę zaskoczony. Rozmawiałem ostatnio o tym z chłopakami z firmy i rzeczywiście wszystko wskazuje na to, że jako GMB Pro Sound działamy od 1996 roku. Oczywiście wcześniej też byliśmy aktywni zawodowo, ale jeśli mówimy o firmie prowadzonej przez dwóch wspólników, działającej pod obecną nazwą i świadczącej usługi dla innych, to właśnie ten rok można uznać za początek.

Najnowsze systemy w ofercie GMB Pro Sound – JBL Professional VTX A6 i VTX A8 (fot. M. Ziniak)
Wróćmy więc do samych początków działalności.
W tamtym czasie bardzo intensywnie współpracowałem z artystami. Prowadziłem agencję, która była jedną z większych firm bookingowych w tamtym okresie. Naturalnie pojawiła się więc potrzeba, żeby tych artystów obsługiwać na bardzo wysokim poziomie. Z tego właśnie zrodził się pomysł, by stworzyć firmę, która zapewni jakość bez kompromisów i nie będzie zostawiała miejsca na pytania o dźwięk.
W przeszłości poziom nagłośnienia na koncertach był bardzo nierówny. Z jednej strony wracały na scenę starsze zespoły, z drugiej publiczność coraz chętniej uczestniczyła w różnych wydarzeniach. Rynek po prostu zaczynał się rozwijać, a wraz z nim rosło zapotrzebowanie na profesjonalne usługi. Dla mnie był to też naturalny kierunek, bo z wykształcenia jestem dźwiękowcem. Studiowałem na Politechnice Gdańskiej, na kierunku związanym z akustyką pomieszczeń i realizacją dźwięku.
To był również bardzo dobry moment na założenie takiej działalności. Byliśmy tuż po zmianie ustroju, a firm specjalizujących się w tego typu usługach było na rynku niewiele. W moim życiu zawodowym był to także szczególny czas, bo pracowałem już wtedy z wieloma artystami, między innymi z Marylą Rodowicz, Lady Pank, Urszulą, De Mono i wieloma innymi. Zaczęliśmy właśnie od obsługi tych wykonawców.
Od początku założenie było bardzo proste. Chcieliśmy robić wszystko w możliwie najwyższej jakości. Jeśli pojawiał się problem albo wyzwanie, traktowałem to jako coś, z czym trzeba sobie poradzić. Interesowałem się tym, wiedziałem, jak szukać rozwiązań, testowałem, sprawdzałem i słuchałem efektów. To był dla mnie podstawowy punkt odniesienia.
Jeżeli artysta mówił, że czegoś nie słyszy albo że coś nie działa tak, jak powinno, to moim celem było znaleźć rozwiązanie. Jeśli sala miała trudną akustykę i duży pogłos, szukaliśmy takich metod nagłośnienia, które pozwalały ograniczyć problemy i zapewnić jak najlepszy odbiór publiczności. Chodziło o to, żeby zarówno wykonawca, jak i słuchacz mieli komfort, a jakość była naprawdę wysoka. To właśnie było dla mnie najważniejsze od samego początku.
Wtedy zaczęły powstawać pierwsze telewizyjne programy muzyczne realizowane i transmitowane na żywo. Były to produkcje, w których udział brali muzycy grający naprawdę na żywo, co w tamtym czasie dla wielu wydawało się niemożliwe. Często słyszało się, że czegoś nie da się zrobić, że musi być playback, że warunki techniczne na to nie pozwalają. A ja właśnie w takich sytuacjach widziałem pole do działania.
Również w tym czasie jako producent organizowałem dużą trasę koncertową zespołów Varius Manx i De Mono. Jeździliśmy od miasta do miasta z własnym nagłośnieniem, oświetleniem i konstrukcjami, we współpracy z firmą Transcolor Lucjana Siwczyka.
Wtedy również zacząłem pracować przy realizacjach telewizyjnych, najpierw z Telewizją Polską, później z Polsatem i TVN. Zajmowałem się rzeczami, które dla innych wydawały się zbyt trudne albo wręcz niewykonalne. Zastanawiałem się, jak rozwiązać konkretne problemy, niezależnie od tego, czy chodziło o ograniczoną przestrzeń na scenie, przesłuchy, trudne warunki akustyczne czy inne techniczne ograniczenia. Zawsze starałem się proponować rozwiązania, które realnie podnosiły jakość programu.|
Pamiętam, że na początku zdarzało się słyszeć od innych firm, że czegoś po prostu nie da się zrobić. Że to niewykonalne, że nie ma sensu tego próbować. A ja właśnie wtedy chciałem być pierwszy w kolejce, żeby spróbować. Jeżeli pojawiało się nowe wyzwanie, to interesowało mnie ono właśnie dlatego, że było trudne. Taka postawa została ze mną do dziś.

Janusz Jonasz Tołopiło, prezes GMB Pro Sound (fot. M. Ziniak)
A jak to wyglądało tuż po starcie? Co na początku było największym wyzwaniem: ludzie, sprzęt czy organizacja pracy?
Obserwowałem co dzieje się za granicą. Tam bardzo często model był taki, że jest jeden świetny realizator, taki guru, i wszyscy idą właśnie do niego. A kiedy nie ma go na koncercie, od razu pojawia się problem, bo tylko on wszystko wie. Ja od początku uznałem, że muszę mieć kilku takich ludzi. Dlaczego? Bo artystów też miałem kilku czy kilkunastu i jeden człowiek nie byłby w stanie tego obsłużyć.
Poza tym to miała być firma, a nie przedsięwzięcie oparte na jednym wybitnym geniuszu. Jeśli firma działa dobrze tylko wtedy, gdy ten jeden człowiek jest obecny, to znaczy, że coś jest nie tak. Dlatego od początku miałem taki pomysł, żeby budować zespół.
Na początku dobieraliśmy przede wszystkim techników. Rozwiesiliśmy ogłoszenia w technikum elektronicznym w Warszawie, jeśli dobrze pamiętam. To byli pierwsi ludzie z „łapanki” dosłownie. Hasło było proste: chcesz mieć fajny zawód, nauczymy cię. Będziesz pracował z artystami, których wcześniej widziałeś w telewizji. I co ciekawe, kilka osób z tego pierwszego naboru pracuje u mnie w firmie do dziś.

Potężne subwoofery JBL Professional VTX B28 (fot. J. Tołopiło)
Jak na tamte czasy było to naprawdę świeże podejście, zwłaszcza w polskich warunkach.
Tak, zdecydowanie. Wielu realizatorów braliśmy już spośród ludzi obecnych na rynku i ściągaliśmy ich z różnych miast. Z Warszawy miałem akurat stosunkowo niewiele osób. Za to byli ludzie z Ząbkowic Śląskich, z Białegostoku, z Rzeszowa, z Bielska-Białej. Bardzo dużo osób pozyskiwałem właśnie w ten sposób, bo sam też dużo podróżowałem z zespołem. Patrzyłem, co dzieje się na lokalnych rynkach, obserwowałem, jak ludzie pracują, wyłapywałem tych najlepszych, sprawdzałem, co robią i jak to robią. W ten sposób budowaliśmy firmę.
Jeśli chodzi o techników, to braliśmy też ludzi bez przygotowania. Oni wszystkiego uczyli się już u nas, w firmie.
To był świadomy pomysł. Od początku bardzo ważne było dla mnie to, żeby jeśli pracuje nasza firma, to jakość zawsze była na wysokim poziomie, niezależnie od tego, jacy konkretnie ludzie jadą na realizację. Nie chcieliśmy budować wszystkiego wokół jednej osoby. Jeśli ktoś zaczynał w firmie zbyt mocno gwiazdorzyć, starałem się temu przeciwdziałać.|
Kiedy artysta mówił, że chce pracować tylko z jednym konkretnym realizatorem, zawsze próbowałem mu wytłumaczyć: słuchaj, on jest świetny, naprawdę znakomity. Ale wyobraź sobie, że zachoruje, a twój kolejny koncert też przecież musi być dobry. Pojedzie ktoś inny z mojej firmy i również zrobi to dobrze.
Czyli od początku zależało ci na tym, żeby siłą firmy był zespół.
Chodziło o taki zespół, który w każdej chwili jest w stanie pracować na tym samym poziomie i nie odpuszcza, jeśli chodzi o jakość oraz dążenie do perfekcji. W końcu jesteśmy zespołem GMB i nigdy nie odpuszczamy. Kluczowe było też to, że nie robimy jednej imprezy, tylko wiele wydarzeń równocześnie. Zresztą do dziś tak to wygląda. W tym roku realizowaliśmy jednocześnie trzy telewizyjne koncerty sylwestrowe. Na każdym z nich wymagania były bardzo wysokie. Jeden i drugi, a właściwie wszystkie, były wydarzeniami telewizyjnymi. Nie mogę więc powiedzieć, że tu wyślę lepszych ludzi, a tam gorszych. Oczywiście wiadomo, że jedni lepiej dogadują się z określonymi artystami, inni z innymi, i na to też się patrzy. Ale jeśli chodzi o jakość pracy i poziom realizacji, wszystko musi być równie dobre.
Nie możemy sobie pozwolić na sytuację, w której mamy jednego genialnego realizatora, a cała reszta pracuje wyłącznie na jego sukces. Tak kiedyś budowano wiele firm, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Później trochę się to zmieniło, pojawiły się korporacje i w ogóle nastały już inne czasy. Ale kiedy zaczynaliśmy działalność GMB, wciąż funkcjonował model jednego guru, jednego geniusza i całego grona ludzi wokół niego. Ja wiedziałem, że u nas to się nie sprawdzi, choćby z bardzo prostego powodu: czasu. Nikt nie jest w stanie jednocześnie stać za konsoletą, organizować pracy, prowadzić agencji bookingowej i dopinać wszystkiego samodzielnie. Mogę mieć pomysł, mogę wiedzieć, jak to zrobić, ale do tego muszę mieć ludzi.
Jaki był wasz pierwszy poważny system nagłośnieniowy?
Zaraz ci go pokażę. To system, który mamy do dziś. JBL Sound Power z możliwością podwieszania. Był pierwszym profesjonalnym systemem, jaki kupiliśmy. Graliśmy na nim między innymi w Sali Kongresowej w Warszawie i podczas wielu innych wydarzeń. Do dziś jest sprawny i nadal działa.

JBL Sound Power, pierwszy zawodowy system w GMB Pro Sound (fot. M. Ziniak)
Czy w historii firmy pojawił się jakiś przełomowy moment, który dodał wam rozpędu, czy wszystko działo się raczej stopniowo?
Wszystko rozkręcało się stopniowo. Robiliśmy coraz trudniejsze rzeczy i wchodziliśmy w coraz większe przedsięwzięcia. Nie chodziło nawet o skalę, liczbę ludzi czy wielkość koncertów, ale przede wszystkim o odpowiedzialność. Zaczęliśmy realizować wydarzenia grane na żywo jako bezpośrednie transmisje telewizyjne, a to wymagało absolutnej precyzji. Nie można się spóźnić choćby o minutę, wszystko musi być idealnie zsynchronizowane.
W tym samym czasie w Telewizji Polskiej powstawało bardzo dużo programów z udziałem muzyków i artystów. Wymagania rosły także dlatego, że były to nowe formaty, które dopiero się pojawiały i od razu stawiały bardzo wysokie wymagania produkcyjne. To był czas takich programów jak finały Szansy na Sukces w Sali Kongresowej w TVP 2 czy Idol w Polsacie. Później doszły The Voice of Poland, Mam Talent i Taniec z Gwiazdami. Nawiasem mówiąc, te programy realizujemy do dziś. To oznaczało wejście na naprawdę wysoką półkę. Potem trafiały do nas także te realizacje, których inni nie chcieli się podjąć, nie mogli ich zrobić albo uważali, że są niewykonalne. My właśnie wtedy wchodziliśmy do gry.
Pamiętam koncert telewizyjny TGD, który robiłem chyba w 2001 roku w kościele Ewangelicko-Augsburskim Świętej Trójcy na placu Małachowskiego w Warszawie. Wtedy właściwie wszyscy z telewizji mówili mi, że to, co chcę zrobić, jest niewykonalne. Systemy douszne i mikrofony bezprzewodowe w takiej ilości nie były wtedy czymś powszechnym. Usłyszałem wprost: słuchaj, wyłożysz się na tym. A ja byłem również producentem tego koncertu, odpowiedzialnym za całość, od wynajmu kościoła po rozmowy o muzyce i o tym, jak to wydarzenie ma wyglądać. Uparłem się jednak, że da się to zrobić.
Pracowaliśmy wtedy między innymi z reżyserką Elżbietą Skrętkowską, z którą bardzo kreatywnie współtworzyliśmy scenariusze. Właśnie z Elżbietą robiliśmy benefisy Violetty Villas i Krzysztofa Krawczyka czy Raz na Ludowo. Przy jednym z koncertów Violetty Villas sprowadziliśmy nawet żywe zwierzę, pumę, która miała przechadzać się po scenie. Przy innym wydarzeniu, realizowanym na plaży w Dębkach, Szymon Majewski jeździł na wielbłądzie. To wszystko trzeba było zorganizować i spiąć produkcyjnie.
Ja zajmowałem się tym jako producent, ale równocześnie odpowiadałem też za całą produkcję i dźwięk. Myślę, że to właśnie te koncerty telewizyjne były jednym z ważnych etapów naszego rozwoju.
Pamiętam też sytuację z koncertu na plaży w Dębkach. W nocy morze zalało nam końcówki mocy Crown, te same, których kilka sztuk mamy jeszcze dziś w magazynie. Trzeba było je wymyć, bo dostała się do nich słona woda, potem dokładnie wysuszyć i sprawdzić, czy działają. A następnego dnia miał się odbyć normalny koncert dla publiczności, do tego telewizyjny.
Te końcówki kupiliśmy w ESS i służyły do zasilania systemu Sound Power. Umyliśmy je, sprawdziliśmy, wysuszyliśmy i następnego dnia normalnie zagraliśmy koncert. Morze, a szerzej woda w ogóle, jeszcze kilka razy było dla nas wielkim wyzwaniem.

„Jesteśmy zespołem i nigdy się nie poddajemy. To jest dla mnie bardzo ważne i właściwie na tym opiera się trzydzieści lat naszej działalności”. (fot. J. Tołopiło)
Można powiedzieć, że to właśnie przy programach telewizyjnych budowaliście swój wysoki poziom realizacyjny?
Tak, zdecydowanie. To właśnie koncerty telewizyjne jako pierwsze pokazały, że naprawdę radzimy sobie z wymagającą produkcją. Te realizacje stawały się coraz większe, choć nie chodziło wyłącznie o skalę wydarzenia, ale przede wszystkim o aparat wykonawczy, czyli liczbę ludzi na scenie.
W Dębkach mieliśmy na przykład chyba trzydzieści dziewcząt w chórze, do tego duży zespół, José Torresa i braci Golec, którzy wtedy grali jeszcze właśnie u niego. To był więc naprawdę duży skład. Do tego rozbudowana, bardzo wysoka scena bez zadaszenia i cała złożona infrastruktura. Wszystko trzeba było przygotować tak, żeby działało bez zarzutu.
Musieliśmy przy tym zrobić to w taki sposób, żeby sprzętu dźwiękowego nie było widać, żeby wyglądało to tak, jakby nagłośnienia w ogóle nie było. Jednocześnie ludzie na plaży normalnie słuchali koncertu. To były właśnie takie wyzwania. Robienie rzeczy, które z pozoru wydawały się niemożliwe, a które na ekranie telewizora musiały wyglądać i brzmieć znakomicie. Oglądalność tych programów była wtedy wręcz „kosmiczna”.
W pewnym momencie można było powiedzieć: jesteśmy już w miejscu, w którym chcieliśmy być. To był przełom. Skoro byliśmy w stanie poradzić sobie z takim koncertem, mając jeszcze stosunkowo niewielkie zasoby sprzętowe i organizacyjne, to znaczyło, że możemy iść dalej i brać na siebie kolejne wyzwania.
W tym samym czasie w Polsce zaczęły rozwijać się kolejne stacje i formaty telewizyjne. Działał już Polsat, pojawiało się coraz więcej produkcji, a wraz z nimi rosła liczba koncertów i wydarzeń. W Polsacie były najpierw Top Trendy, potem Polsat Hit Festiwal w Sopocie, później Top of the Top Sopot Festival w TVN, nie zapominając oczywiście o Krajowym Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu. Coraz częściej obsługiwaliśmy też imprezy organizowane dla firm z zagranicy.
Pamiętam chociażby, że graliśmy bardzo wiele koncertów dla McDonald’s, który dopiero umacniał swoją obecność w Polsce. Było wtedy duże zapotrzebowanie na eventy otwierające, promocyjne i wizerunkowe. Tych realizacji było naprawdę bardzo dużo. Wtedy też startowaliśmy z dużymi festiwalami, między innymi Heineken Open’er, potem Open’er Festival, a na drugim, zupełnie innym brzegu stylistycznym Wratislavia Cantans we Wrocławiu. Zaczęliśmy też swoją pracę na stadionach.
Tu jeszcze wspomnę o nietypowych realizacjach. Wyobraźcie sobie okręt desantowy marynarki wojennej do przewożenia czołgów. Na dziobie okrętu nagłośnienie oraz zespół De Mono. Okręt wbija się w plażę w Międzyzdrojach, otwiera się luk desantowy, pojawia się zespół i zaskakuje plażowiczów swoimi przebojami.
Inny przykład: FOH na policyjnej łodzi patrolowej. Okablowanie w wodach Motławy w Gdańsku. Scena przy ruinach byłej elektrociepłowni na Ołowiance, dziś to budynek Filharmonii Bałtyckiej. Na scenie cała czołówka polskich gwiazd, publiczność po drugiej stronie Motławy i promujemy … Gdańsk.

Magazyn GMB Pro Sound (fot. M. Ziniak)
I wy jako firma GMB udowadnialiście, że jesteście w stanie robić rzeczy pozornie niemożliwe, na najwyższym poziomie, bardzo profesjonalnie. Ale to, co opowiadałeś o sprzęcie, było też pewnym testem bojowym. Jeśli końcówki mocy działały nawet po zalaniu, to czy takie doświadczenia wpływały potem na wasze wybory?
Tak. Człowiek wtedy myślał sobie: kurczę, to jest jednak dobra marka, skoro daje radę w każdych warunkach. Trzymamy się jej. To jest trochę tak jak z Shure’em. Jest mikrofon SM58, który wcale nie jest jakimś genialnym mikrofonem, ale jeśli przeciągniesz go siedem razy po ulicy, to on i tak dalej będzie działał i nadal zachowa te same parametry. Podobnie jest ze sprzętem nagłośnieniowym, z końcówkami mocy czy głośnikami. Jeśli już mówimy o JBL-u, to mogę powiedzieć jedno: nigdy się nie zawiodłem. Oczywiście czasem pojawiały się różne pytania o brzmienie, różne opinie, marketing też bywał bardzo różny, ale jeśli chodzi o niezawodność tego sprzętu, to naprawdę się sprawdzał.
To były też wybory wynikające z bardzo prostej kalkulacji. Byliśmy wtedy biednymi ludźmi w nowo powstającym kraju, działającym na nowych zasadach i w nowych warunkach. Nie było nas stać na rzeczy niedoskonałe, bo wtedy musisz kupić je drugi raz, a na to już nie możesz sobie pozwolić. Dlatego trzeba było kupować rzeczy naprawdę dobre, takie, na których można długo pracować. Czyli po prostu profesjonalny sprzęt.

JBL Sound Power (fot. M. Ziniak)
No i czego dowodem jest ten system, o którym wspominałeś, czyli Sound Power, ale macie również systemy Vertec i VTX.
Tak. Połowa systemu Sound Power gra teraz stacjonarnie, a połowa stoi u nas w magazynie i do dziś jest sprawna. Verteca już nie mamy, ale gra VTX i też już od wielu lat. Oczywiście firmy cały czas ulepszają processing i całe cyfrowe zaplecze. Wzmacniacze, które mamy teraz, a te, które mieliśmy kiedyś, to już zupełnie inny temat. VTX też brzmi dziś zupełnie inaczej niż na początku, kiedy go kupowaliśmy. Różnica jest kolosalna. Zmieniła się cała konstrukcja, zostały rozbudowane falowody, do tego doszła wydajność końcówek i procesorów.
Natomiast mieliśmy też sporo różnych pomyłek. Bywało, że jakiś sprzęt był marketingowo okrzyknięty najlepszym na świecie, a u nas niestety się nie sprawdzał. Ale sami musieliśmy dojść do wniosku, że to jednak nie jest to. Jedne rzeczy po prostu się sprawdzają, inne nie. I niekoniecznie są to rzeczy najdroższe, niekoniecznie te okrzyknięte przez cały świat najlepszymi. A o JBL-u mogę powiedzieć tyle, że to był zarówno pierwszy raz, jak i nasze najnowsze zakupy.

Niezawodne końcówki mocy Crown służące do zasilania systemu Sound Power (fot. M. Ziniak)
No właśnie, to przejdźmy do tych najnowszych zakupów. Co w ostatnim czasie trafiło do waszych magazynów?
Kupiliśmy trzydzieści dwa nowe basy JBL VTX B28. To są naprawdę potężne, bardzo dobrze grające subbassy. Oczywiście wszystko zależy od człowieka, który je stroi. Przez tyle lat, słuchając różnych ludzi i różnego sprzętu, przekonałem się, jak ważna jest wiedza. Druga sprawa to nieuleganie marketingowi. A trzecia to nieodpuszczanie.
I tu może po raz pierwszy przywołam nasze hasło: „Jesteśmy zespołem i nigdy nie odpuszczamy”. To dotyczy zarówno sprzętu, jak i różnych innych działań. Mówię o tym dlatego, że na początku VTX wcale nie brzmiał tak jak dzisiaj. Dopiero praca naszych ludzi doprowadziła do tego, że dziś mogę powiedzieć, iż naprawdę rzadko w kraju słyszy się tak dobrze grający system. I to bez względu na to, kto go stroi, kto przy nim pracuje i jakie zespoły z niego korzystają. On po prostu gra wyśmienicie.
Wracając do zakupów, mamy więc trzydzieści dwa nowe basy. Do tego wymieniliśmy też wszystkie końcówki. Nie pamiętam już, ile ich dokładnie jest, ale zarówno góra, jak i dół są napędzane nowymi końcówkami, z nowymi procesorami i całym nowym zapleczem.
Mamy też dwadzieścia modułów A8. To bardzo dobrze dopracowany system , do wszelkiego rodzaju dogłośnień albo do mniejszych sal. Jest bardzo sprawny, niewielki gabarytowo i bardzo dobrze grający.
Mamy również bardzo mały system A6, który naprawdę załatwia nam bardzo dużo różnych rzeczy, czy to w programach telewizyjnych, czy w mniejszych przestrzeniach, czy przy różnego rodzaju dogłośnieniach. Tego małego systemu mamy, jeśli dobrze pamiętam, trzydzieści sześć elementów liniowych. Kupiliśmy też kilka bardzo fajnych paczek VTX F15. One również bardzo dobrze grają. Są stosunkowo nieduże, lekkie i bardzo wygodne w podwieszaniu, więc pracuje się na nich szybko.
Przy naszych realizacjach, które często bywają nietypowe, przy dogłaśnianiu różnych małych albo trudnych przestrzeni, to naprawdę bardzo dobrze się sprawdza.

JBL Professional VTX A6 (fot. M. Ziniak)
Czy możesz podać kilka przykładów realizacji, w których wykorzystaliście Wasze nowe systemy?
Na przykład ostatnio wykorzystywaliśmy je przy programach telewizyjnych, choć tam tych paczek właściwie nigdzie nie widać. Tak realizowany jest chociażby The Voice of Poland. Także przy różnych innych programach muzycznych.
Jeśli chodzi o większe realizacje, to na przykład trasa Męskie Granie. Tam pracujemy właśnie na VTX-ie. Robimy na nim zarówno główny system, jak i różne dogłośnienia. Podobnie jest przy innych dużych koncertach plenerowych.
W Warszawie graliśmy na przykład koncert Wianki nad Wisłą, transmitowany przez TVN. To była impreza, o której jedni mówili, że przyszło na nią sto tysięcy ludzi, inni, że sto pięćdziesiąt tysięcy. Trudno mi powiedzieć, ile było dokładnie, bo byłem na miejscu, ale kiedy próbowałem liczyć, skończyłem gdzieś przy tysiącu i bardzo się zmęczyłem.
Przy tak dużych wydarzeniach, wymagających nagłośnienia rozległych przestrzeni, gramy właśnie na VTX-ie i sprawdza się on znakomicie. Oczywiście w halach i mniejszych obiektach ten system również bardzo dobrze sobie radzi.

Wraz z zakupem nowych systemów JBL Professional firma GMB wymieniła także wszystkie końcówki mocy na najnowsze modele marki Crown. (fot. J. Tołopiło)
Chciałbym cię jeszcze zapytać o koncert grany w układzie 360 stopni. Byliście przecież pierwszą firmą, która zrealizowała coś takiego na JBL-u.
Na taką skalę tak, gdyż na JBL-u pierwszą realizację 360 stopni zrobiliśmy już w 2001 roku. Był to koncert sylwestrowy 2001/2002, transmitowany w TVP2. Wcześniej realizowaliśmy już duże koncerty w formule 360 stopni, ale na systemie d&b.
W 2024 roku zagraliśmy trasę koncertową Okiego WE ARE ERA47 TOUR, a w 2025 roku specjalny koncert we Wrocławiu, w Hali Stulecia, w formacie 360 stopni, właśnie na JBL-u.
Oki był artystą, który oczekiwał, że koncert ma mieć naprawdę bardzo dużą energię. Mówiąc wprost, dźwięk musiał robić ogromne wrażenie. Dla nas pierwszym wyborem był więc system, który pozwalał osiągnąć odpowiednią głośność, ale jednocześnie zachować pewną przyjemność słuchania. I właśnie dlatego postawiliśmy na JBL.
Mamy też inny system, również bardzo głośny i wydajny, ale tutaj zdecydowaliśmy, że to musi być właśnie JBL, także ze względu na skalę przedsięwzięcia i dostępne zasoby. I to się sprawdziło.
Trzeba jednak dodać, że była to także konsultacja z zespołem. To nie było tak, że uparliśmy się na JBL za wszelką cenę, bo taki koncert moglibyśmy zrealizować również na d&b. Zresztą, jeśli dobrze pamiętam, podczas trasy mieli okazję pracować i na jednym, i na drugim systemie. Ostatecznie zapadła decyzja, że robimy to na JBL-u.

Konsolety w ofercie GMB Pro Sound (fot. M. Ziniak)
Co decyduje o wyborze systemu na dane wydarzenie? Klient, oferta, a może także wasza decyzja i rekomendacja techników dotycząca tego, jaki system powinien być w danym momencie wykorzystany?
Tutaj obowiązuje prosta zasada. Jeśli klient wyraźnie życzy sobie konkretnego systemu, to pracujemy na tym, czego sobie zażyczył, oczywiście w ramach tego, co mamy do dyspozycji. Jeżeli natomiast klient zamawia po prostu usługę i nie wskazuje konkretnego rozwiązania, wtedy decyzja należy do nas. Czasami pojawiają się przy tym różne komplikacje logistyczne. Bywa na przykład tak, że sprzęt trzeba dowozić ze Szczecina, bo wcześniej pracował tam przy Męskim Graniu. Ale bardzo często da się to wszystko tak pogodzić, żeby zrealizować wydarzenie zgodnie z oczekiwaniami. Jednocześnie staramy się za wszelką cenę, żeby klienci, którzy nas wybierają, nie kierowali się wyłącznie marketingiem i opowieściami, bo tego na rynku jest bardzo dużo. Zależy nam raczej na tym, żeby ludzie po prostu posłuchali, jak my gramy. Zapraszamy ich na festiwale, zapraszamy artystów i mówimy: przyjdźcie, posłuchajcie, jak to robimy. Nie chcemy, żeby ktoś tylko opowiadał, że mamy taki czy inny system i że on gra w określony sposób. Najważniejsze jest to, co rzeczywiście słychać.
Bo niezależnie od tego, na czym gramy, jesteśmy w stanie doprowadzić to do końca tak, żeby klient był zadowolony. Męskie Granie jest tutaj dobrym przykładem. W zeszłym roku pojeździłem po różnych festiwalach i trochę się zasmuciłem, bo na bardzo dobrym sprzęcie nie słyszałem takich efektów, jakie my jesteśmy w stanie osiągnąć na VTX-ie.
To jest dla mnie bardzo ważne. Marketing jest marketingiem, ale ja, jako inżynier, mogę opierać się tylko na tym, co naprawdę słyszę. I mam pełną świadomość, że zespoły grają różnie, realizatorzy pracują różnie i na to też trzeba brać poprawkę. Ale na dużym festiwalu można już pewne rzeczy porównać. Można zobaczyć, jak system został przygotowany dla wszystkich wykonawców, dla czterdziestu czy pięćdziesięciu zespołów, i czy stworzono im warunki optymalne do pracy.
Dla mnie to właśnie jest istotne. Nie to, czy system jest świetnie ustawiony dla jednego czy dwóch zespołów, ale czy pozwala dobrze zagrać wszystkim. Myślę, że to jest naprawdę bardzo ważne.

Mikrofony marki Shure gotowe do kolejnej realizacji. (fot. M. Ziniak)
Przykładasz bardzo dużą wagę do jakości brzmienia.
Jak wspominałem wcześniej, skończyłem Politechnikę Gdańską, jestem inżynierem i mam tytuł magistra. Do dziś mam też kontakt z ludźmi, którzy do dźwięku podchodzą nie tylko artystycznie, ale również naukowo. Ostatnio takim bardzo cennym autorytetem jest dla mnie profesor Andrzej Lipiński. To wybitny profesjonalista, człowiek ze słuchem absolutnym, a jednocześnie producent doskonałego sprzętu odsłuchowego. Jego głośniki są cenione przez gwiazdy muzyki na całym świecie. Pracują na przykład w studiu Justina Timberlake’a i w wielu studiach produkcyjnych w Los Angeles. Korzystał z nich także Prince. Z profesorem dużo rozmawiamy, słuchamy, wymieniamy się poglądami i jego opinia ma dla mnie duże znaczenie. Sam również dużo słucham i to wszystko razem jest dla mnie ważne przy podejmowaniu decyzji o sprzęcie, o brzmieniu, o tym, co kupuję, a czego nie.
Oczywiście czasem ulegam marketingowi, bo nie zawsze mogę wszystko spokojnie zweryfikować. Czasem oferta jest bardzo korzystna, a nieraz decydują inne okoliczności. Dla mnie naprawdę ważna jest jednak ocena muzyka, artysty i kogoś, kto potrafi spojrzeć na to obiektywnie, właśnie tak jak profesor Lipiński. Mam nadzieję, że w tym sezonie jeszcze wspólnie posłuchamy dużych produkcji. On interesuje się tym tematem trochę z innej strony, bo jest przede wszystkim słuchaczem i realizatorem studyjnym, człowiekiem od płyt i takiego właśnie odbioru dźwięku.
Myślę, że uda mi się go namówić na kolejne wspólne odsłuchy, bo przegadaliśmy już bardzo wiele spraw, z którymi my się zmagamy i z którymi on też w pewnym sensie się mierzy. On stworzył swoje kolumny, ale z drugiej strony marketing różnych firm bywa tak silny, że bardzo trudno oddzielić opowieść od rzeczywistej wartości. A to przecież trzeba umieć ocenić.
Dlatego zawsze zachęcam artystów, żeby patrzyli przede wszystkim na efekt końcowy. Artysta jest oczywiście bardzo ważny, ale równie ważny jest słuchacz. To dla nich pracuje nagłośnienie. To dla nich przygotowujemy cały ten dźwięk, bez względu na to, czy mówimy o amfiteatrze w Sopocie, w Opolu czy o jakimkolwiek innym miejscu. Słuchacz jest bardzo ważny. Szczególnie dzisiaj, kiedy budżet imprezy także zależy od niego, bo to on kupuje bilet i w pewnym sensie to on nam płaci, przychodząc na koncert.
On ma prawo dobrze słyszeć. Nie interesują go opowieści o tym, że gra nie wiadomo jaki złoty sprzęt z nie wiadomo jakiej półki. On chce po prostu komfortu. I to komfortu w swoim rozumieniu, nie w moim. Oczywiście nie musi znać się na sprzęcie.
Ja mam swoje myślenie, swoje techniczne kryteria, mogę rozmawiać o częstotliwościach, fazach, dynamice i wielu innych rzeczach, ale ostatecznie muszę patrzeć na to, jaka jest publiczność. My musimy zagrać dla tej publiczności, która kupiła bilety. To dotyczy zarówno koncertów halowych, jak i wszystkich innych wydarzeń. Gramy dla tych ludzi. Artysta jest pierwszym punktem odniesienia, ale zaraz potem jest widz, ten, który kupuje bilet. To on ma dostać komfort i dla niego musimy zrobić to dobrze.
I tutaj sam sprzęt nie wystarczy. Jeśli nie pracujemy zespołowo i jeśli nie ma w nas takiego podejścia, że nie odpuszczamy, to nic z tego nie będzie. Każdą halę i każde wydarzenie trzeba opracować i przygotować najlepiej, jak się potrafi. Dopiero kiedy naprawdę nie da się zrobić nic więcej, można powiedzieć, że zrobiliśmy wszystko. Stąd właśnie nasze hasło, że jesteśmy zespołem i nigdy nie odpuszczamy. Nie możemy odpuścić. My musimy dowieźć to do samego końca.
To jest dla mnie bardzo ważne i właściwie na tym opiera się trzydzieści lat naszej działalności. Tak pracują nasi ludzie, oni mają to już we krwi. My nie odpuszczamy. Jeśli ktoś z góry zakłada, że dźwięk będzie zły albo że nie da się zrobić tego lepiej, to my mówimy: zaraz, przecież my jesteśmy firmą od dźwięku. Zrobimy wszystko, żeby ten dźwięk był dobry. Nie można z góry zakładać, że ma być zły. Nie można też mówić, że budżet na dźwięk jest bardzo mały, bo dźwięk jest tutaj nieistotny. Nie, dźwięk jest istotny. Jeśli są ludzie i oni słuchają, to znaczy, że jest istotny.

W GMB Pro Sound od zawsze stawia się na najlepsze rozwiązania. (fot. M. Ziniak)
Powiedziałeś, że jesteście zespołem. Czyli to ludzie w waszej firmie stanowią jej rdzeń i ostatecznie decydują o jej sile. Nie sam sprzęt, nie narzędzia, ale właśnie ludzie. W jaki sposób dobierasz współpracowników?
Tak, zdecydowanie ludzie. Staram się dobierać ich bardzo świadomie. Chcę mieć osoby wykształcone, takie, które się tym naprawdę interesują i które się na tym znają. Oczywiście nie wszyscy muszą być po studiach, ale muszą być tym tematem autentycznie zainteresowani.
Dużą część ludzi szkolimy sami. Bardzo często nawet nie chcemy za bardzo współpracować z osobami, które wyszkoliły się wcześniej w innych firmach, bo one często nie mają obiektywnej wiedzy, tylko znają to, czego ktoś ich tam nauczył. My wolimy szkolić ich sami, żeby pracowali według takich standardów, jakie obowiązują u nas. Chodzi o to, żeby nie odpuszczać i żeby pracować dokładnie tak, jak my to rozumiemy.
Zresztą wszyscy nasi ludzie mają takie podejście. I mówię tu także o sobie i o najbliższym otoczeniu. Moja żona ma wyższe wykształcenie muzyczne, skończyła Akademię Muzyczną w Gdańsku. Żona mojego wspólnika również jest po Akademii Muzycznej. Mój wspólnik jest zawodowym, aktywnie grającym muzykiem. Ja także mam wykształcenie muzyczne, może nie najwyższe, ale jednak je mam. Wśród naszych realizatorów mamy takich którzy z powodzeniem czytają nuty itp.
To jest ważne, żeby mieć pojęcie o tym, co się robi, a nie tylko opierać się na nowinkach albo marketingu, który mówi, że coś jest najlepsze na świecie. Trzeba jeszcze rozumieć, jak dźwięk się rozchodzi i jak wiele różnych elementów wpływa na odbiór i komfort słuchania.
Bo ostatecznie chodzi o to, żeby ci, którzy słuchają, naprawdę dobrze się czuli. Żeby po takim wydarzeniu chcieli wrócić i następnym razem znowu kupić bilet. To jest chyba najważniejsze.

“Jeśli już mówimy o JBL-u, to mogę powiedzieć jedno: nigdy się nie zawiodłem.” (fot. M. Ziniak)
Jestem bardzo ciekawy twojej opinii o naszej branży dzisiaj. Jak ją oceniasz? Jak patrzysz na ten rynek teraz, kiedy w Polsce mamy już dostęp właściwie do wszystkiego i można pracować na absolutnie topowym sprzęcie?
Branża rozwinęła się bardzo dobrze. Skala tego, co dzieje się dziś na rynku, liczba koncertów i poziom realizacji są naprawdę imponujące. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że ten rozwój zajdzie aż tak daleko. Kiedy patrzyłem kiedyś na firmy amerykańskie, wydawało mi się, że u nas osiągnięcie podobnego poziomu będzie niemożliwe. Dziś w wielu aspektach możemy się już z nimi porównywać. I nie chodzi tu nawet o samą wielkość firmy czy ilość sprzętu. Sprzęt można dziś w razie potrzeby wypożyczyć praktycznie w każdej ilości. Dużo ważniejsi są ludzie, ich wiedza, umiejętność współpracy oraz zaplecze logistyczne. W tej branży ogromne znaczenie ma także transport, czas i zdolność organizacyjna firmy. My od początku chcieliśmy budować zespół, który poradzi sobie z każdym przedsięwzięciem, niezależnie od tego, czy wyzwanie jest logistyczne, sprzętowe czy organizacyjne. W grudniu ubiegłego roku z powodzeniem poradziliśmy sobie z realizacją Eurowizji Junior w Gruzji.
Z drugiej strony mam poczucie, że rynek mógłby rozwinąć się jeszcze bardziej, gdyby od początku wszyscy mocniej patrzyli na ekonomię. Przez lata bardzo wiele firm, również my, działało w taki sposób, że najważniejsze było samo wyzwanie. Chcieliśmy udowodnić, że coś da się zrobić, często bez względu na koszty. To budowało rynek, ale miało też swoją cenę.
Dziś najbardziej martwi mnie coś innego. Sprzęt jest już tak dobry i tak dopracowany, że wielu młodych ludzi nie czuje już tak silnej potrzeby zdobywania wiedzy. Uczą się jednego czy dwóch urządzeń, jednego systemu i na tym chcą budować swoją pozycję. A to jest jednak za mało. Widzę, że coraz rzadziej porównują, słuchają innych, analizują i szukają głębszego zrozumienia. Dopóki pracują na znanym sobie zestawie, wszystko działa. Ale kiedy trafiają na inne rozwiązanie, często pojawia się problem.
To trochę przypomina dzisiejszą muzykę. Narzędzia są znakomite, wiele rzeczy można zrobić szybciej i łatwiej niż kiedyś, ale to wcale nie znaczy, że automatycznie powstaje coś naprawdę wartościowego. Ostatecznie wszystko i tak weryfikuje publiczność.
I właśnie dlatego wciąż uważam, że najważniejsza jest wiedza i ciągła chęć uczenia się. U nas ta potrzeba nadal jest bardzo silna. Do dziś organizujemy szkolenia, współpracujemy z dystrybutorami, pytamy o nowe rozwiązania, uczymy naszych ludzi. Kiedyś wszyscy wręcz biegli po taką wiedzę. Dziś trzeba włożyć więcej energii w samo zachęcenie do szkolenia. I to widzę nie tylko u nas, ale w całej branży.
Najbardziej niepokoi mnie to, że czasem nawet przy dużych realizacjach widać podstawowe błędy. Nie mówię o kwestiach gustu czy indywidualnego podejścia do miksu, ale o rzeczach elementarnych, które dla mnie są po prostu łatwe do wychwycenia. I to pokazuje, że mimo świetnych narzędzi sama technologia nie zastąpi doświadczenia, wiedzy i uważności.

Janusz Jonasz Tołopiło, prezes GMB Pro Sound (fot. M. Ziniak)
Jak widzisz GMB za pięć czy dziesięć lat. W jakim kierunku będzie rozwijać się firma?
Dziesięć lat to dla mnie zbyt odległa perspektywa. Nie chciałbym całego życia pracować w ten sam sposób. Jeśli jednak patrzeć na najbliższe pięć lat, to chciałbym doprowadzić do sytuacji, w której pracujemy z wykorzystaniem najnowszych technologii. Bardzo mi na tym zależy.
Mam też kilka pomysłów, które można by nazwać wręcz rewolucyjnymi, ale dotyczą one szerzej działalności firmy, a nie samego dźwięku. Myślę tu o bardzo kompleksowym podejściu do produkcji koncertów czy programów muzyczno-wizualnych. Jako GMB Pro Sound mamy do dyspozycji kilka sal prób o odpowiedniej wielkości, w których artysta lub producent może przygotować się do koncertu, festiwalu czy programu telewizyjnego. Dysponujemy również studiem nagraniowym do realizacji audio i wideo.
Mała dygresja. Pod koniec 2024 roku byłem w Rock Lititz w Pensylwanii, w USA, gdzie do tras koncertowych przygotowują się takie gwiazdy jak Taylor Swift, Beyoncé czy Rolling Stones. Widziałem tam w ogromnej hali scenę zbudowaną dokładnie tak, jaką później oglądaliśmy na stadionie w Warszawie. To, jak takie show wygląda później na koncercie, jest wynikiem ciężkiej pracy podczas prób z udziałem całego zespołu produkcyjnego. Chciałbym przynajmniej w pewnym zakresie przenieść to na nasz grunt.
Wracając do dźwięku, sprzęt, na którym pracujemy, tworzą inne firmy. My nie zajmujemy się jego produkcją, choć zrealizowaliśmy kilka własnych projektów wykonanych na nasze zamówienie przez firmę Pol-Audio Leszka Polanowskiego. Były to rozwiązania przygotowane pod konkretne potrzeby naszej firmy, ale nie jest to obszar, którym zajmujemy się na co dzień.
Mam pewne pomysły na przyszłość, ale dziś jeszcze nie chcę o nich mówić. Na ten moment najważniejsze jest dla mnie to, żeby rozwijać firmę zgodnie z realnym zapotrzebowaniem rynku. Nie chcę obrażać się na rzeczywistość ani kurczowo trzymać się tego, co jeszcze kilka lat temu wydawało się perspektywiczne, a dziś już takie nie jest. Trzeba obserwować rynek i umieć reagować na zmiany.
Bardzo zależy mi też na rozwoju młodych ludzi, przede wszystkim pracowników naszej firmy. Moi najstarsi współpracownicy musieli kiedyś dużo ciężej pracować, żeby zdobyć wiedzę i doświadczenie. Dziś dostęp do informacji jest nieporównywalnie łatwiejszy. Wystarczy otworzyć internet i właściwie wszystko jest pod ręką. Kiedyś nie było to takie proste. Mam do dziś książki i materiały, do których nawet na studiach trudno było dotrzeć, a którymi później dzieliłem się z pracownikami. Dzisiaj wiedza jest powszechnie dostępna, tylko trzeba chcieć z niej korzystać. Dlatego chcę, żebyśmy podążali za trendami, ale jednocześnie nie tracili z oczu tego, co najważniejsze, czyli jakości. Dopóki dobrze słyszę, chcę słyszeć dobry dźwięk. A to wcale nie jest dziś tak oczywiste, mimo ogromnej liczby bardzo dobrych urządzeń dostępnych na rynku. Jeżdżę na różne festiwale i wiem, że sam sprzęt nie załatwia wszystkiego.
Cieszę się, kiedy jestem tam, gdzie pracują moi ludzie i nasz sprzęt, bo wtedy wiem, z czego wynikają konkretne efekty. Kiedy pojawiam się na innych wydarzeniach, często incognito, staram się patrzeć na wszystko bez uprzedzeń. Nie po to, żeby porównywać się z innymi czy udowadniać, że jesteśmy lepsi, ale po to, żeby zrozumieć, w jakim kierunku naprawdę zmierza rynek. Chcę wiedzieć, w co warto inwestować, również jeśli chodzi o wiedzę i rozwój, a co z punktu widzenia odbiorców przestaje mieć znaczenie.
Za pięć lat chciałbym więc, żeby firma działała sprawnie, była nowoczesna i uważnie reagowała na zmiany rynku. Mamy kilka pomysłów na dalszy rozwój, ale na razie nie chcę jeszcze ich ujawniać. A jeśli chodzi o inwestycje, to już jesienią …
Tekst: Marcin Ziniak, Muzyka i Technologia






