Z Marcinem Grządzielem o najpopularniejszych i mniej popularnych narzędziach polskich operatorów konsolet (cz. 1.)

W otoczeniu technologii, w której dzisiaj żyjemy, i faktu, że w zasadzie w każdym aspekcie naszego życia możemy skorzystać przynajmniej z kilku zamienników i równowartościowych wariantów, ciężko jest sobie wyobrazić sytuację, w której operator konsolety jadący na niewielką konferencję, produkcję telewizyjną czy koncert plenerowy ma do dyspozycji wybór między zestawem Martin Case Pro II i Alfa a Martin Case Pro II i Alfa… Czasy, kiedy realizatorzy i operatorzy robili wszystko, by dorównać kolegom z Zachodu, nie mając często nawet jednej dziesiątej ich sprzętu, dawno już minęły – dzisiaj borykamy się z innymi problemami: paleta konsolet jest ogromna, duża część z nich jest produktami równoważnymi, a wybór tej właściwej jest często bardzo przypadkowy.   Od wielu lat firma Transcolor jest jednym z rentalowców dyktujących warunki na polskim rynku i rozdającym karty w zakresie dostaw urządzeń i realizacji największych imprez plenerowych i telewizyjnych. W bezpośredni sposób musi się to przekładać na sprzęt, na którym pracuje ekipa. Musi być on nowoczesny, spełniać wymagania zespołów, realizatorów i wyśrubowane wymagania oka kamery – zwłaszcza od kiedy powszechnym standardem stało się HD. Gdzieś w hierarchii wymagań plasują się przyjazna obsługa i bezproblemowa nauka korzystania ułatwiające pracę ekipie, a co najważniejsze, zapewniające powtarzalność i przewidywalność. Chociaż każdą z najnowocześniejszych i najpopularniejszych konsolet można zobaczyć zarówno w showroomach polskich dystrybutorów, jak i w magazynach rentalowców, to jednak nic nie daje tak pełnego obrazu pewnych cech urządzenia jak rozmowa z osobą na co dzień pracującą na tych modelach i decydującą o wyborze pomiędzy rozwiązaniami równoważnymi. Taką osobą jest bez wątpienia związany od kilkunastu lat z firmą Transcolor Marcin „Tymon” Grządziel, którego mieliśmy przyjemność zapytać o jego spostrzeżenia dotyczące zarówno współczesnych rozwiązań z departamentu konsolet, jak i pracę na konsolecie w przeszłości.   Łukasz Kornafel, MiT: Gdyby miał pan wymienić jedną ulubioną konsoletę…Marcin Grządziel: Konsolety to narzędzia. Każde narzędzie jest do czegoś odpowiednie, do innych rzeczy nie jest odpowiednie. W idealnym świecie każdy miałby możliwość wyboru nie jednego narzędzia, do którego przywiąże się na stałe, ale indywidualnego doboru na potrzeby każdej realizacji. Wiadomo, że grandMA2 jest najpotężniejszym z istniejących systemów, ale z drugiej strony, nawet ja, zaawansowany użytkownik, wykorzystuję może 40% jej funkcji i możliwości. Zawsze jest coś za coś. System, który jest potężny, niekoniecznie będzie łatwy do użycia w sytuacji, w której musimy wykonać bardzo proste zadanie. Ale jeśli chodzi o konsoletę odznaczającą się największą uniwersalnością, to czy będzie to właśnie produkt MA Lighting?W zasadzie konsolety do wszystkiego nie ma. GrandMA2 jest świetnym systemem, ale nowa, wyjęta z pudełka dla mnie jest tylko narzędziem które wymaga przygotowania do pracy. Konieczne jest zrobienie widoków, przygotowanie klawiszy, których w fabrycznie nowym modelu nie ma, a które lubię mieć. Gdybym chciał to wszystko przygotować na dobrą sprawę zajęłoby to kilka dni pracy. Zazwyczaj obchodzę to w taki sposób, że nie zaczynam nigdy pracy od zera, ale ładuję jakieś stare, używane show i wyrzucam z niego rzeczy charakterystyczne dla danego projektu, ale tak, żeby zostały widoki, użytkownicy, makra i wszystko, czego mniej więcej potrzebuję. Oczywiście zarówno w przypadku grandMA, jak i innych konsolet mam także swoje show startowe na pendrive, dzięki czemu mogę również w taki sposób szybko wczytać potrzebne mi do pracy elementy nawet do zupełnie nowej konsolety. Czy to znaczy, że pana zdaniem są stoły, które wymagają mniejszych przygotowań do pracy po wyciągnięciu z pudełka i można z nimi szybciej rozpocząć pracę od zera?Jeżeli trzeba zrobić coś na szybko, Avolites nie ma sobie równych. Ale w wielu kwestiach również ogranicza…Jak wiadomo, jest taki stereotyp, że są to konsolety do rockowego, glamrockowego mrugania, świecenia raczej z oprawami konwencjonalnymi albo do nieskomplikowanego świecenia lampami inteligentnymi. Z drugiej strony jednak, przy obecnym oprogramowaniu Avolites da się zbudować spektakl bardzo dokładnie zaprogramowany, precyzyjny, starannie przemyślany, z dbałością o najdrobniejsze niuansiki, których nawet nie widać. Generalnie są pewne ograniczenia, jeśli chodzi o wielkość systemu. Taki system jak grandMA2, który korzysta z zewnętrznych przetworników, jakie wspierają konsoletę swoją mocą obliczeniową a nie tylko robią DMX-a z gotowych danych, daje się rozbudowywać praktycznie w nieskończoność, w każdym razie daleko poza granice zdrowego rozsądku. W Avolites natomiast przetwarzanie sieciowe jest wciąż w trakcie powstawania, już niedługo ma się pojawić, ale jeszcze nie ma go w powszechnym użyciu. Do rodziny Avolites wiele wnosi chyba Sapphire, konsoleta dużo większa, pozwalająca na to, aby mieć znacznie więcej elementów szybko pod palcami?Tak. W przypadku pracy z „Szafirem” mam do dyspozycji czterdzieści pięć suwaków plus jeszcze pewną liczbę egzekutorów bez suwaka, klawiszowych, których również mogę użyć w dowolnym momencie, a także możliwość użycia dodatkowych playbacków na ekranie, których może być naprawdę bardzo dużo. Pod palcami można zatem mieć całkiem sporo. Z drugiej jednak strony, mieć wiele pod palcami to niewielka sztuka. Przez całe lata moją podstawową konsoletą w pracy był Wholehog Hog III, który ma dziesięć suwaków… I wcale nieczęsto rozszerzany…Rzadko rozszerzany, chociażby o małego winga, o dużego winga zupełnie rzadko. Co zdecydowało o tym, że sięgnął pan do marki Avolites? Chęć wspomnianej już szybkiej pracy czy raczej ciekawość stołu z kręgu innej filozofii konstrukcyjnej?Bardziej ciekawość. Odbyło się to trochę przypadkiem – tak się złożyło, że musiałem popracować na starszych modelach Avolites. Prolight szukał osoby, która zostałaby „domowym” operatorem Avolites, ale także osobą szkolącą nowych użytkowników. Jacy realizatorzy sięgają najczęściej właśnie po stoły Avolites? Jak z perspektywy szkoleń wygląda w Polsce profil użytkownika tej marki?Bardzo zróżnicowanie. W tej chwili dla firm małej i średniej wielkości, które nie muszą na co dzień mierzyć się z riderami topowych artystów, konstrukcje marki Avolites są bardzo korzystnym rozwiązaniem. Nie jest to aż tak wielki wydatek, a z drugiej strony liczba linii DMX-owych, które można sobie z tego wypuścić, jest dla średniej wielkości firmy w zupełności wystarczająca. Poza tym jest to konsoleta o stosunkowo niewysokim progu, jaki trzeba pokonać, by nauczyć się na niej pracować. Jeżeli porównamy filozofię pracy na starych konstrukcjach tego producenta z tym, co oferują modele współczesne, trzeba przyznać, że jest to absolutny przeskok.Tak, ale jest to przecież wiele lat odstępu. Między MA Scancommanderem, który był drewniany i miał na pokładzie komputer typu ATARI, a GMA, nawet jedynką, także jest olbrzymi przeskok, może nawet większy. Avolites dzisiaj to nowy system, nowy Titan i nowe możliwości. Jakie dokładnie?W ostatniej odsłonie pojawił się na przykład RDM, który wciąż jednak nie jest rozpowszechniony i wciąż nie cieszy się olbrzymią popularnością – zwłaszcza wśród ludzi, którzy uważają, że przecież jest człowiek, który po prostu może wejść na górę i dokonać pewnych zmian. Czy głównymi założeniami RDM jest sytuacja, w której cały rigging urządzeń robimy na poziomie zero, dopiero później wyjeżdżamy konstrukcjami do góry i już z poziomu operatora adresujemy urządzenia itd.?W zasadzie tak. Przy czym, o ile adresowanie nie jest kłopotem, to może się zdarzyć, że mamy przed sobą urządzenia, które zjechały z kilku różnych sztuk i w ich menu mamy różne dziwne ustawienia, co nie rzuci nam się od razu w oczy przy sprawdzaniu. Na przykład wiele urządzeń LED ma możliwość poprzestawiania krzywych dla dimmera i dla poszczególnych kolorów. Jeżeli podłączymy sobie urządzenia, sprawdzimy szybciutko, czy się ruszają, odpalimy na biało, czerwono, zielono, niebiesko, magentę, cyan, yellow, czyli na nasyconych kolorach – wszystko będzie ok, gdy jednak później wrzucimy jakiś kolor pastelowy, może się zdarzyć, że pojawi się nam jakiś rzewny dramat… Co z pana punktu widzenia jako operatora było ważniejsze w rozwoju konsolet? Wnętrze konsolet, czyli liczba kanałów DMX, większa moc obliczeniowa czy ekrany dotykowe, automatyka, przyciski – te wszystkie kwestie związane z samym dostępem do poszczególnych parametrów? Co wymagało wówczas dopracowania?W trakcie pracy na Sparku bardzo cierpiałem, ponieważ konsoleta umiała traktować poszczególne kanały, czyli oprawy konwencjonalne, tylko na podstawie HTP, co między innymi powodowało, że nie byłem w stanie zapisać pamięci, która gasiłaby mi coś, co świeciło już wcześniej. I rzeczywiście, kiedy przepisałem część konwencjonalną „Tańca z Gwiazdami” ze Sparka na Hoga (już na trójkę, która wtedy była zupełną nowością), muszę przyznać, że odzyskałem oddech. Czułem się, jakby mi ktoś jedną rękę uwolnił. Mniej więcej wtedy też, równocześnie z pojawieniem się ekranów dotykowych, lawinowo wzrosła liczba informacji zwrotnych otrzymywanych przez operatora. Mówimy tutaj o łatwości podejrzenia, co z konsolety wychodzi, który parametr z konsolety skąd wychodzi. Jak łatwo można sobie wytropić co się dzieje, gdzie trzeba wprowadzić poprawkę gdy coś jest nie tak. Czy zupełnie oczywista dzisiaj możliwość w konsoletach właściwie wszystkich dostawców, czyli automatyczny update. Zmieniam parametr, wciskam update i nie muszę myśleć, w którym miejscu dokonane zostały zmiany. Czy w sytuacji, kiedy show zostało przepisane ze Sparka do Hoga, udało się uzyskać dokładnie taką samą formę całej realizacji w obrazku? Jeden do jednego?Tak, jeden do jednego, oczywiście przy niewielkiej pomocy światłomierza. Wspomniana tutaj „świnia”, która pojawiła się w firmie Transcolor zaraz po roku 2000, a z którą wciąż jest pan związany, była modelem numer 1 przy większości realizowanych produkcji, aż do czasu objęcia tej pozycji przez konsoletę MA Lighting… Czym spowodowana była ta zmiana?Główny powód był taki, że w konsolecie Wholehog Hog III zabrakło po prostu mocy obliczeniowej. Na początku naszego stulecia pojawiły się w katalogu narzędzi lighting designerów urządzenia ruchome, które zaczęły liczyć dużo większą liczbę kanałów w porównaniu do opraw konwencjonalnych – powiedzmy czterdzieści, ale jednocześnie w linii mieściło się niewiele. Jakakolwiek zmiana światła wykonywana na tych urządzeniach tak naprawdę jednak powodowała fizycznie zmianę niewielkiej liczby kanałów. Spora część z nich to kanały odpowiedzialne za prędkości, za sposób przeskakiwania poszczególnych tarcz, wewnętrzne ustawienia konfiguracyjne urządzenia i przeważnie tkwią na swoich wartościach domyślnych albo wartościach zadanych na początku użytkowania. Pula wartości, które są przeliczane w trakcie zmiany światła, jest stosunkowo niewielka. Większość kanałów w trakcie zmiany pozostaje na swoich wartościach. Historię wywróciło pojawienie się opraw ledowych, które pojedynczo w sensie poszczególnych składowych nie mają zbyt wiele kanałów, bo zwykle trzy–cztery. Jednakże kiedy wykonujemy jakąkolwiek zmianę światła, wszystkie kanały (i R, i G, i B) zmieniają się, nie mówiąc o sytuacji, kiedy tych składowych jest jeszcze więcej. Efekt był taki, że w trakcie pracy na „świni” zdarzały się sytuacje, gdy podczas operacji w programmerze ruszało się kółkiem i czekało chwilę, aż konsoleta to przemieli. Pamięta pan taki moment przełomowy, kiedy zapięliście cały system, Wholehoga i pewnych rzeczy po prostu nie dało się zrobić?Stopniowo zauważaliśmy, że brakuje nam mocy obliczeniowej. Była jeszcze taka historia, że używaliśmy DP2000, bo DP8000 jeszcze w tamtym czasie nie było. Przetwornik czteroliniowy, jednakże kiedy w danej produkcji mieliśmy na przykład sporo pixelline’ów, na myśl przychodzi mi na przykład polsatowski program „Jak oni śpiewają?”, gdzie przynajmniej w pierwszych edycjach tych urządzeń było wiele i były gęsto rozmieszczone (które zresztą właśnie z powodu problemu z zarządzeniem nimi z poziomu HOG-a spadły i zostały zastąpione PixelParami). Gdy przestawały się mieścić na jednym DP, odkrywaliśmy, że między różnymi DP2000 w systemie nie ma ścisłej synchronizacji, tzn. że różne DP mają różną latencję.  Nie dało się tego zsynchronizować przy pomocy jakiegoś zegara?Niestety, nie. Dopiero w MA pojawił się wewnętrzny serwer czasu, który sprawia, że można się specjalnie nie przejmować tym, co, gdzie, w które NPU zapniemy, a i tak będziemy mieli efekt synchroniczny. A gdyby – z perspektywy czasu – spróbować jednak pochwalić HOG-a za pewne rozwiązania?Tak naprawdę trudno odpowiedzieć na to jednoznacznie. Ogólnie chyba właśnie w momencie pojawienia się „świni” zmienił się balans pomiędzy hardware'em a software'em. Jeszcze w przypadku Sparka widzieliśmy jedną aplikację, która startowała wraz z uruchomieniem urządzenia i nie było zbyt wielkich możliwości wglądu w poszczególne elementy. Jednak już w przypadku Wholehoga II doszło do sytuacji, że konsoleta stała się tak naprawdę swego rodzaju platformą sprzętową dla oprogramowania z kilkoma udogodnieniami, wynikającymi z tego, że użytkownik jest człowiekiem, więc wygodnie jest mu się posłużyć suwakiem, kółkiem, klawiszem itd. Jak zgodnie mówi wielu realizatorów, przesiadka ze „świni” na grandMA nie była zadaniem prostym…W żadnym wypadku nie była to prosta sprawa, co wynikało z bardzo wielu czynników. Przy „świni” zawsze miałem poczucie, że wymyślił ją ktoś, kto myśli bardzo podobnie jak ja. Ktoś, kto wymyślił sobie, że przycisków nie powinno być zbyt dużo, że raz położywszy rękę, można wykonać stosunkowo bardzo wiele operacji w trakcie programowania, nie zmieniając jej ułożenia. Słowem: ergonomia. GrandMA ma znacznie więcej przycisków i są one znacznie bardziej rozproszone w obszarze konsolety – zwłaszcza w przypadku jedynki, która miała jeszcze po środku blok klawiszy – śmiałem się nawet kiedyś, że różnice między operatorami jednej i drugiej konsolety można poznać od razu po mowie ciała. Generalnie, trzeba było zmienić sposób myślenia, była to jednak praca, którą warto było wykonać, bo zapewniła mi przynajmniej pośredni szczebelek przy przesiadce między konsoletą Wholehog a grandMA2. Potem z kolei pojawiła się konieczność migracji z grandMA pierwszej serii na grandMA2?Tak, ale to już była zdecydowanie mniejsza zmiana. Gdyby miał pan porównać oba systemy z punktu widzenia operatora, pomijając oczywiście aspekt przyrostu mocy obliczeniowej i szybkości samego pracy ze względu na wzrost zasobów konsolety…Interface – w jedynce był on bardzo, ale to bardzo kolorowy i stwarzał takie wrażenie, że ta konsoleta na mnie krzyczy. Dwójka jest dużo bardziej stonowa na, nie krzyczy, nie oślepia, jest zdecydowanie bardziej cywilizowana. Same touchscreeny pozwalają na dużo dłuższą pracę bez bólu palców. Kwestia przyciskania i przycisków konsolety to rzecz złożona…Tak, dochodzimy zawsze w tej kwestii: czy lepsze są klawisze wysokie i ciche, czy niskie i klikające – w najlepszym razie swego rodzaju mieszanina jednych i drugich. W Wholehogu klawisze, które służą do wpisywania, większość klawiszy, to klawisze wysokie, klawisze flash to klawisze niskie, które człowiek czuje wciskając. Można wyczuć moment ich zadziałania. W grandMA były również niskie, w grandMA2 wszystkie są wysokie… Z tego, co wiem, większość użytkowników nie jest jednak tym faktem zachwycona. Czy takie wysokie klawisze, użyte jako flasze, egzekutory GO i tym podobne, mogą wpływać na nieprecyzyjność?Taki klawisz nie jest mniej precyzyjny, ale nie daje tak bezpośredniej informacji zwrotnej, że został naciśnięty. W przypadku programmera nie jest to aż tak bardzo istotne, bardziej w przypadku pamięci i czy właśnie flashy. Mnie osobiście niektóre klawisze, na przykład te przy playbackach, podobałyby mi się bardziej. Ale jeśli chodzi o grandMA2, rozumiem, że za zastosowaniem klawiszy o tego rodzaju budowie właśnie przemawiały inne czynniki. W grandMA2 klawisze są podświetlone, jest to pewnego rodzaju wartość, a stworzenie niskich podświetlanych klawiszy byłoby dosyć trudne. A jak w kontekście ergonomii, o której rozmawiamy, prezentuje się inny gracz rynku, czyli Avolites? Zdecydowanie trzyma się tradycyjnych klawiszy niskich. Elementem związanym z topologią konsolet Avolites od zawsze jest jeszcze jedna charakterystyczna cecha w postaci niezależnej od głównej sekcji faderów, grupy suwaków ulokowanej w górnej części konsolety.Tak, jest to o tyle użyteczne, że ludzie, którzy używali Avolites od zawsze, są przyzwyczajeni do tego, że taki zestaw playbacków dodatkowych właśnie w tym miejscu się znajduje. Poza tym przy zmianie playbacków głównych te playbacki opisane jako preset lub static nie zmieniają stron. Także jest to dobre miejsce do przechowywania rzeczy, które mamy zawsze na wierzchu. Jakby się ktoś zresztą uparł to zawsze – wzorem starych stołów Avolites – może właśnie tam spatchować sobie urządzenia.  Co pan zwykle pisze na tych właśnie playbackach?Rzeczy, które nigdy nie wiadomo, kiedy będą potrzebne. Dym, coś co służy do oślepiania publiczności, dwa najprostsze efekty strobo i jakiś rodzaj światła wojskowego, aby w sytuacji, kiedy się zgubię, mieć pod ręką taki szeroki front. Jeżeli chodzi o stronę software’ową konsolet marki Avolites, można słyszeć głosy narzekania na generator efektów i prostą budowę, a co za tym idzie – paletę raczej prostych efektów możliwych do uzyskania.To poniekąd prawda. Wkrótce jednak, czyli najpewniej już w najbliższej wersji oprogramowania, zostanie to dosyć gruntownie przerobione. Dzisiaj jest to kulejący element konsolet tego producenta?Nie, nie można powiedzieć, żeby był to element stwarzający jakieś problemy. Owszem nie jest to narzędzie bardzo rozbudowane i bardzo precyzyjne, ale za to niezwykle intuicyjne i szybkie. Czy można jednak powiedzieć, że są jakieś sytuacje, w których praca z generatorem w Avolites nie pozwoli na uzyskanie takie go efektu, jaki można by uzyskać z pomocą grandMA?Są takie efekty, które żeby uzyskać, trzeba tworzyć w postaci kilku osobnych elementów biegnących równolegle i składać je w jedną całość. Trzeba jednak wtedy dość świadomie i precyzyjnie panować nad tym, co zmieniamy. Na przykład manipulując przy prędkości, patrzeć, żeby się nam to nie rozjechało. W generatorze Avolites mamy dosyć dużo efektów, które są efektami gotowymi. Zwykle są one jednak ograniczone do jednej grupy parametrów. Na przykład efekt zoomu z jednoczesną zmianą koloru typu wąski biały, szeroki czerwony musimy zapisać jako dwa efekty biegnące niezależnie, a nie jako dwa wiersze jednego efektu jak w grandMA. Jednakże efekt, który fizycznie zobaczymy, będzie dokładnie taki sam. Koniec końców prowadzi to jednak do tego, że mamy dużo większą pracochłonność efektów złożonych przy jednoczesnej dużo mniejszej pracochłonności efektów prostych. Wspomniał pan, że wyraźnie widać dzisiaj rozdział hardware'u od software'u. Mamy bardzo dobrze zbudowany komputer i oprogramowanie, które ten komputer dźwiga. Jak pana zdaniem wpłynęło to na możliwość tego, że można wziąć sobie na imprezę komputer z wgranym oprogramowaniem, winga i pracować w taki właśnie sposób?Nie widzę specjalnej różnicy w użyteczności grand- MA on PC i Hoga on PC – są to narzędzia bardzo zbliżone w budowie i możliwościach. Zdarzało mi się przy ich pomocy wykonać pewne minimum pracy po to, żeby mieć na przykład gotową patch listę. Zwykle była to więc praca przygotowawcza…Gdybym nie miał innej możliwość, to oczywiście w ostateczności podjąłbym się świecenia z zestawu komputer plus wing. Zawsze jednak słabym ogniwem w takiej konfiguracji będzie ergonomia pracy. Zwykle na ekranie komputera, zwłaszcza przenośnego, nie mieszczą się obydwa ekrany dotykowe i panel, co wymusza konieczność przełączania się między ekranami, tym samym spowalnia pracę i zaburza takie poczucie zanurzenia się w show i tego, że wszystko mamy na wierzchu, wszystko mamy pod ręką. Chciałbym zapytać o najnowsze dziecko High End Systems, czyli Wholehog Hog 4. Gdy ta konstrukcja zadebiutowała, był to tak naprawdę zbudowany na nowo hardware z ostatnią przygotowaną na konsoletę III serii wersją oprogramowania. Czy dzisiaj uległo to zmianie?HES wprowadził nowy software, jednakże zmiany w funkcjach, które się pojawiły, są raczej kosmetyczne. Natomiast jeśli chodzi o moje wrażenie w kontekście wydolności tego hardware’u, wydaje mi się, że naprawdę do przyszłych wersji software’u jest to wystarczająco mocna i wystarczająco stabilna platforma sprzętowa. W nowej konsolecie zdecydowanie zauważalna jest poprawa pracy sieciowej. Nie wiem dokładnie, co zostało poprawione, ale efekty tych działań są radykalne. Dawniej zdarzało się na przykład, że konsolety gubiły połączenie między sobą. Gdy serwer show pracował na obu konsoletach i teoretycznie każda z konsolet powinna być backupem dla tej drugiej, w przypadku odzyskania połączenia powodowało to wiele konfliktów. Tak naprawdę to bardzo poważna rzecz. W wyniku eksperymentów, które przeprowadzaliśmy ze spiętymi HOG-ami 4, wiem, że zerwanie połączenia odbywa się w sposób zupełnie bezinwazyjny dla użytkownika, zostaje on tylko poinformowany o tym, że taka sytuacja miała miejsce. Co więcej, nie ma również takiej sytuacji, jak chociażby w konsolecie grandMA2, kiedy to na czas, kiedy plik spektaklu jest przesyłany z, lub do konsolety, mamy kilka sekund przerwy niezależnie od tego, co robimy. Mówimy tutaj w kontekście grandMA2 tylko o sytuacji, kiedy użytkownik wymusi save show czy także kiedy backup jest samoczynny?W tym i w tym przypadku, ale takich sekund przestoju jest więcej. Zawsze dzieje się tak w przypadku dopięcia kolejnej, nowej stacji roboczej do systemu – zmiana w patchu wprowadzona przez któregoś z użytkowników itp. A strona sprzętowa HOG-a 4?Jeżeli chodzi o ergonomię, niewiele się zmieniło, jeśli nawet to na lepsze. Brakuje mi troszkę designerskiego wyglądu i jakości wykonania trójki. Szczotkowane aluminium jest zawsze przyjemniejsze w dotyku niż czarny plastik. Mówimy tutaj i o samej obudowie, ale i na przykład o pokrętłach. A właśnie, pokręteł przybyło! Przybyło troszeczkę przycisków w pobliżu ekranów, mają nieco inne przypisane funkcje. Operator trójki może śmiało przesiąść się od razu na czwórkę. Oczywiście jeśli będzie miał dodatkowe pół godziny, żeby się rozejrzeć, to tym lepiej, jednakże nie jest to konieczne. Czysto hipotetyczna sytuacja: duża impreza telewizyjna, rozbudowany koncert plenerowy – ma pan w magazynie HOG-a 4 i grand- MA2 – jaki jest pana wybór?To zależałoby też od tego jak duża jest ta „duża realizacja”, ile mamy czasu na programowanie, bo to jest ostatnio zmorą produkcji telewizyjnych. Produkcja woli wynająć więcej sprzętu, ale na krótszy czas, więc czas na programowanie bardzo się skraca. Jeżeli byłaby to produkcja wysokobudżetowa, pewnie skończyłoby się na grandMA2. Jednakże spora grupa operatorów i realizatorów wybrałaby jako swoje narzędzie do pracy na koncert HOG-a 4. Jakie są pana zdaniem główne przyczyny stojące za powrotem do łask konstrukcji marki High End Systems?Istnieje spora grupa operatorów, która nauczyła się tego systemu na HOG-u 3, a może i nawet 2. Potem próbowali odejść od HOG-a za sprawą nękających go różnego rodzaju problemów. To też było bardzo frustrujące. W kolejnych oprogramowaniach pojawiały się błędy – w następnym wydaniu mogły zostać usunięte, natomiast część z nich prędzej czy później i tak wracała… Natomiast w tej chwili HOG 4 działa! Poza tym podejrzewam, że część świetlików jeżdżących z zespołami traktuje festiwale ich zdaniem „na krańcu świata” jako poligon doświadczalny. Dzięki temu na tego rodzaju koncertach pojawiają się właśnie nowości jak HOG 4. Gdybym chciał zabrać w trasę HOG-a 4, tour manager powiedziałby mi, że nie ma na to pieniędzy, ale jeżeli tam ma być konsoleta miejscowa, to niech mi taką dadzą. To zresztą tak wygląda nie tylko w przypadku koncertów zagranicznych, na rodzimym rynku również zdarzają się tego rodzaju sytuacje. Parę dni temu byłem na dniach pewnego miasta. Nie było to bardzo duże miasto, więc i jego dni nie były ogromnie rozbudowane. Jednakże ze względu na nadesłane przez gwiazdę ridery na FOH-u stała grand- MA2 do światła, DiGiCo SD10 do dźwięku i wydaje mi się, że sprzęt na FOH-u kosztował więcej niż to, co było na scenie… Oczywiście efekt był bardzo dobry, ale tutaj dochodzi do pewnych zabawnych sytuacji. Generalnie: dni niewielkiego miasta, liczba i rodzaj sprzętu na scenie niekoniecznie wymagały takiej konsolety zarówno w przypadku światła, jak i dźwięku. Dziękuję za rozmowę. tekstŁukasz KornafelMuzyka i Technologiazdjęciaarch. Transcolor