Przyznam, że czekałem na moment, aż któryś z potentatów oświetleniowych podejmie wyzwanie i stworzy nową wersję Svobody. Zanim przejdę do ogólnego wyjaśnienia, czym jest SVOPATT, muszę nieco wyjaśnić, czym był oryginalny aparat. Otóż urządzenie, na którym wzoruje się Robe SVOPATT Classic, to legenda techniki scenicznej. Svoboda Batten (często nazywana po prostu „Svobodą”) to reflektor, którego powstanie wiąże się z fascynującą historią z pogranicza inżynierii i wizjonerskiej scenografii. Urządzenie zaprojektował Josef Svoboda (1920–2002), czeski scenograf, który z wykształcenia był architektem. Svoboda nienawidził płaskich, malowanych dekoracji. On, jako jeden z pierwszych reformatorów sfery wizualnej sceny w drugiej połowie XX wieku, często powtarzał, że „światło jest materiałem budowlanym”, tak samo realnym jak drewno czy metal. Miał nieco śmiałe, jak na tamte czasy, marzenie: stworzenie „kurtyny świetlnej” (Light Curtain). Jego celem stało się skonstruowanie ściany światła tak gęstej, że sprawiałaby wrażenie litego obiektu – fizycznej czy architektonicznej bariery.

Prostota w zakresie montażu czyni tę oprawę bardzo uniwersalnym narzędziem.

I tak się też stało, ale na sukces konstruktor pracował kilkanaście lat. Svoboda eksperymentował z optyką od lat 50., ale przełom nastąpił w 1968 roku, kiedy to w Monachium, podczas produkcji opery Prometeusz Carla Orffa, przy współpracy z inżynierem Miroslavem Pflugiem, powstał pierwszy prototyp oprawy. Celem było uzyskanie niemal idealnie równoległych promieni światła, które nie rozpraszałyby się na boki. To było pierwsze założenie. Drugie to tajemnica, która tkwiła w niskonapięciowym sterowaniu. Konstruktorowi nie chodziło o to, aby skupiać się na mocy jednego żarnika. Cały efekt miał sens, kiedy to w jednej oprawie połączono kilka słabszych źródeł. Oryginalna obudowa liczyła sobie jeden metr długości i zawierała 9 lub 10 źródeł światła. Pamiętajmy, że pomimo tego, iż premiera miała miejsce w Niemczech, to sam konstruktor funkcjonował w erze głębokiego komunizmu bloku wschodniego, zatem nie dało się zamówić komponentów z Aliexpress. Użył po prostu żarówek niskonapięciowych (24 V) z tzw. „srebrną koroną” (odbłyśnikiem na czubku bańki). Były to źródła podobne do tych stosowanych w reflektorach lotniczych, które generowały ekstremalnie wąską wiązkę. Ponieważ żarniki były na niskie napięcie, łączono je szeregowo tak, aby mogły pracować pod standardowym napięciem sieciowym. Jeśli jedno źródło przestało działać, całe urządzenie gasło – zupełnie jak w starych lampkach choinkowych. Co stało się dalej? Po sukcesie w monachijskiej operze produkcję seryjną przejęła znana również dziś belgijska firma ADB (Adrien De Backer) i to właśnie model ADB Svoboda stał się standardem w operach i teatrach na całym świecie. Wspomniany efekt „ściany światła” był tak unikalny, że dziś (po ponad 50 latach) inżynierowie z czeskiego Robe próbują go odtworzyć za pomocą technologii LED. Czy ten czeski hołd ma sens w dzisiejszych czasach? Dziś postaram się odpowiedzieć na to pytanie, przyglądając się unikatowemu SVOPATT Classic od Robe.

Robe opracowało system magnetycznych dyfuzorów przeznaczonych do szybkiego montażu. Dodatek jest dostępny w wariantach: 5°, 7°, 12°, 22° i 32°.

 

Kiedy obcujesz z nowoczesną technologią…
Przeniesienie magii żarowych 24-woltowych źródeł do świata cyfrowego sterowania półprzewodników LED to największe wyzwanie, przed którym stanęło Robe. Każdy, kto pracował z modułami ADB Svoboda, wie, że one… nie tylko świeciły – one po prostu „żyły”, reagując zupełnie inaczej niż inne oprawy żarowe na zmiany w napięciu sterowania. I tu warto podkreślić, jak SVOPATT Classic imituje te specyficzne zachowania. Choć wspomniane emulacje tzw. tungsten effect nie są niczym nowym w urządzeniach LED-owych, to inżynierowie z Robe postanowili jeszcze raz, tym razem bardziej dogłębnie, przyjrzeć się temu zagadnieniu. Tę tzw. bezwładność cieplną w SVOPATT oblicza specjalnie oprogramowany procesor, tworząc mapę wirtualnej temperatury włókna wolframowego. Emulacja lampy halogenowej jest dostępna za pomocą odpowiednich trybów. Użytkownik ma do dyspozycji emulację tradycyjnych żarówek o mocach od 750 W do 2500 W, wliczając w to charakterystyczne „odchylenia” koloru (red-shift) i opóźnienie termiczne przy wygaszaniu.

Tak prezentuje się tył urządzenia

Zacznę jednak od początku. Na zewnątrz, na pierwszy rzut oka, rzeczywiście można odnieść wrażenie, że samo urządzenie łączy w sobie nostalgiczny wygląd retro z nowoczesną technologią LED. SVOPATT posiada 9 niezależnych modułów, ułożonych w charakterystyczny plaster miodu, co nadaje mu unikalny wygląd na scenie nawet w kontekście scenograficznym — wtedy, gdy jest wyłączony. SVOPATT Classic generuje aż 132 660 luksów z odległości 5 metrów. Całkowity strumień świetlny to ponad 12 500 lumenów. Standardowo urządzenie ma stały kąt świecenia wynoszący 4°, co oczywiście pozwala na tworzenie niesamowicie ostrych, „architektonicznych” słupów światła. Robe jednak dodatkowo opracowało system tzw. magnetycznych dyfuzorów przeznaczonych do szybkiego montażu. Dodatek ten jest produkowany w różnych wariantach: 5°, 7°, 12°, 22°, 32°. Pozwalają one błyskawicznie zmienić charakterystykę urządzenia na efekt miękkiego washa. Tu wspomnę tylko, że istnieje też wersja urządzenia o nazwie SVOPATT (bez dodatku Classic), która różni się między innymi kombinacją czipów. Na pokładzie tej bardziej estradowej wersji znajdziemy diody w kombinacji RGBW, zintegrowany i zmotoryzowany zoom (3,8° – 50°) oraz dodatkowe, centralne białe diody stroboskopowe o mocy aż 200 W w każdym z 9 modułów.

Niewielka, lekka i smukła obudowa

Co to cudo ma, panie, pod maską?
W wersji Classic natomiast użytkownik dostaje do dyspozycji silniki LED z kombinacją RGBA. Jak powszechnie wiadomo, zastosowanie diod z kolorem amber pozwala na uzyskanie znacznie bardziej naturalnych odcieni bieli oraz bogatszych kolorów. Co ważne, konstruktorzy nadal nie zapomnieli o pierwotnym przeznaczeniu takich aparatów, czyli scenach teatralnych. W trybie „Quiet” urządzenie generuje zaledwie 18 dB(A), co czyni je praktycznie niesłyszalnym – to idealne rozwiązanie również dla przestrzeni studyjnych. Aby sama konstrukcja zachowała smukły, klasyczny wygląd, cała elektronika sterująca wraz z zasilaczem znajduje się w zewnętrznej obudowie zawierającej sterownik (SVOPATT Driver). Taki moduł można rzecz jasna zamontować np. na kratownicy osobno. Ciekawostkę stanowią również rozwiązania optyczne. Tu zastosowano technologię o nazwie RLCT (Robe Lens Coating Technology). Zasadniczo można wyjaśnić ten patent w kilku słowach: soczewki zostały pokryte specjalną powłoką, która chroni przed zarysowaniami i (co ważniejsze) zapobiega osadzaniu się kurzu czy osadów po dymie scenicznym. Robe zdaje się już w sposób stały implementować we wszystkich urządzeniach Cpulse, czyli system eliminujący efekt migotania w kamerach (flicker-free). Nie zapomniano też o płynnej regulacji zawartości zieleni. Regulację temperatury barwowej można uzyskać w zakresie od 2700 K do 8000 K. Jak to na Robe przystało, w urządzeniu znalazło się 66 presetowych ustawień kolorów. To oczywiście nic innego jak robowska biblioteka DataSwatch. Natomiast dla uzyskania autentycznego ciepła wiązek światła dołączono możliwość wyboru emulacji lampy wolframowej.

Patrząc w soczewkę SVOPATT, można odnieść wrażenie, że za nią znajduje się charakterystyczny układ, do złudzenia przypominający klasyczne źródło światła, a nie nowoczesny panel LED.

Nowa era to również inne udogodnienia, o których pan Svoboda mógł tylko marzyć. Urządzenia mogą pracować w środowisku monitorowania sieci REAP (Robe Ethernet Access Portal), co, jak użytkownicy donoszą, jest bezproblemowe i staje się powoli standardem. W tym kontekście nie zabrakło też Epass, który zapewnia przepływ danych nawet wtedy, gdy urządzenie jest odłączone od zasilania. Czy to aparat studyjny? Zdecydowanie tak! Aby oddać wierność kolorów starego oświetlenia, SVOPATT Classic utrzymuje bardzo wysoki wskaźnik oddawania barw CRI (powyżej 90). Na koniec warto dodać jeszcze jedną ciekawostkę. W „starej Svobodzie”, gdy jedna żarówka w szeregu zaczynała się wypalać, zmieniała oczywiście rozkład widma koloru. Aby nie było takiej sytuacji w tym urządzeniu, Robe wprowadziło systemy stabilizacji, czyli RCC – Robe Colour Calibration. Ta technologia ma za zadanie utrzymać wszystkie 9 modułów z identycznym strumieniem światła przez cały czas pracy, eliminując tym samym niedoskonałości oryginału.

Aby konstrukcja zachowała smukły, klasyczny wygląd, cała elektronika sterująca wraz z zasilaczem znajduje się w zewnętrznej obudowie ze sterownikiem (SVOPATT Driver).

„Srebrna, czeska korona”
Po sukcesie firm, które potrafią tworzyć hybrydy technologii LED z designem, który określam jako vintage, osobiście uważam, że to ciekawa gałąź, którą — jak się okazuje — i taki potentat jak Robe chce rozwijać w swojej stajni. Mnie osobiście urzekła dokładność w odwzorowaniu detali. To, na co niewielu zapewne zwróci uwagę, to np. szczegół polegający na konstrukcji optyki. Otóż w oryginale żarówki miały „srebrny czubek”, który odbijał światło ponownie do parabolicznego zwierciadła. Robe odtworzyło ten element w sensie wizualnym. Innymi słowy, patrząc w soczewkę SVOPATT, widać za nią charakterystyczny układ, który przypomina rzeczywiście do złudzenia stare źródło światła, a nie nowoczesny panel LED. Sądzę, że urządzenie tej klasy znajdzie wielu odbiorców, którzy z sentymentem sięgną po tego typu rozwiązanie, a i nowych adeptów, którzy często fascynują się starszymi rozwiązaniami dawnych mistrzów światła.

Tekst: Paweł Murlik, Muzyka i Technologia