
W świecie techniki estradowej jego nazwisko jest synonimem sukcesu, profesjonalizmu i potęgi firmy Transcolor. Jednak za fasadą nowoczesnych magazynów i tysięcy urządzeń oświetleniowych kryje się historia, której nie da się opisać jedynie za pomocą faktur i specyfikacji technicznych. To opowieść o marzeniach, które rodziły się pod ziemią śląskiej kopalni, ale i też na boiskach piłkarskich. To opowieść również o determinacji, hartowanej na nocnej zmianie w piekarni i o niezwykłej wrażliwości, która pozwoliła chłopakowi z Orzesza zmienić swoje życie. Z Lucjanem Siwczykiem rozmawiam o tym, jak „szychta na grubie” i czytanie książek w dzieciństwie ukształtowały jednego z najważniejszych graczy w polskiej branży rozrywkowej. Rozmowa została przeprowadzona w siedzibie firmy Transcolor w październiku 2025 roku. W zaciszu gabinetu pana Lucjana wykreowała się dość szczera konwersacja, czy raczej opowieść w której byłem zafascynowanym słuchaczem. Na tyle szczera, że trudno jest ująć te słowa i zamknąć ją w dziennikarską formułę wywiadu.
Mam nadzieję, że w poniższych słowach uda mi się uchwycić choć cząstkę tego niesamowitego spotkania. Nadmienię tylko, że swoimi wywiadami staram się stworzyć pewnego rodzaju szerszą historię polskiego przemysłu sceno-techniki i ludzi, którzy kreowali jej dzisiejszy format przez dekady. Dlatego zachęcam czytelników i do innych, naszych wywiadów. Z pewnością pan Lucjan miał duży wpływ w kontekście kierunku w którym to podążają firmy takie jak Transcolor.

Siedziba firmy Trancsolor (fot. Archiwum prywatne Lucjana Siwczyka)
Paweł Murlik, Muzyka i Technologia: Wiele razy opowiadał Pan historię o dorastaniu w biednej, robotniczej rodzinie na Śląsku. To obraz, który mocno kontrastuje z dzisiejszym blaskiem wielkich scen. Skąd Pan dokładnie pochodzi?
Lucjan Siwczyk: Urodziłem się w Mikołowie ale moje korzenie to Orzesze-Zawiść (dzielnica Orzesza przyp. aut.). gdzie mieszkałem do 19 roku życia. To specyficzne miejsce – właściwie administracyjnie miasto, ale w rzeczywistości konglomerat wsi o niemal bajkowych nazwach: Zawiść, Zazdrość, Zawada. Zawsze się śmialiśmy, że Orzesze byłoby miastem znacznie wcześniej, gdyby nie te trzy przeszkody. Był to czas głębokiego socjalizmu gdzie perspektyw na rozwój praktycznie nie było.
W tamtych latach, dla chłopaka z takiej miejscowości, sport wydawał się jedynym oknem na świat. Wnioskuję z materiałów, które można wyczytać na pański temat, że była to piłka nożna?
Dokładnie tak. W latach 60-tych i 70-tych w małych miejscowościach i wsiach sport był jedyną realną możliwością wybicia się. Wszyscy chcieli grać w piłkę. Ja miałem do tego dryg, byłem gibki, dobrze się „kiwałem” – nie byłem takim „drewnianym” graczem, jakich wielu widzimy dzisiaj. Grałem w AKS Mikołów, a potem, jako wielki kibic GKS-u Tychy, sam poszedłem zapisać się do ich juniorów. Marzyłem, że to będzie moja przyszłość.

Podczas wywiadu w jednym ze studiów w siedzibie Transcolor trwały przygotowania do nagrań telewizyjnych. To miejsce nigdy nie śpi. (fot. P. Murlik)
Ale życie miało inny scenariusz. Kontuzja?
To był brutalny koniec marzeń. Podczas meczu, na poziomie 5 ligi zawodnik przeciwnej drużyny po prostu wjechał mi w nogę tak niefortunnie, że zerwałem łąkotkę w kolanie. Wtedy medycyna sportowa w Polsce, zwłaszcza dla chłopaka z prowincji, praktycznie nie istniała. Rehabilitacja trwała długie miesiące, noga puchła przy każdym wysiłku. Próbowałem jeszcze wrócić, podpisałem nawet kontrakt z GKS Żory, ale kolano nie dawało za wygraną. Miałem 19 lat i musiałem pogodzić się z tym, że wielkim piłkarzem nie zostanę.
A co działo się w głowie młodego adepta piłkarskiego poza boiskiem? Wspomniał Pan jednak kiedyś, że choć nie uczył się Pan najlepiej, to „połykał” Pan książki. Czy to była ucieczka przed tą trudną rzeczywistością?
Tak, czytałem jak szalony – dziesiątki, setki książek rocznie. Dla dzieciaka wychowywanego w biedzie książka przygodowa była tym, czym dzisiaj jest świat wirtualny – pozwalała przenieść się tam, gdzie było ładniej i piękniej. To mi dało coś niezwykle ważnego: poszerzałem horyzonty. Moi rówieśnicy wystawali często pod kinem czy kawiarnią, szukając doraźnych wrażeń, a ja czułem, że mam w perspektywie coś więcej, choć wtedy jeszcze nie wiedziałem co to będzie. Czytanie książek poprawiło moją stylistykę i sposób mówienia a przede wszystkim wiedzę co pozwoliło mi być kimś więcej niż tylko chłopakiem z zawodówki.

Biuro pana Lucjana skrywa wiele sekretów z przeszłości. Na zdjęciu jedna z ponad stu opraw oświetleniowych, które Lucjan Siwczyk wykonał własnoręcznie w latach 80. (fot. P. Murlik)
Ta zawodówka jednak Pana nie ominęła. Zanim trafił Pan do show-biznesu, była „gruba”, czyli kopalnia. To była prawdziwa szkoła życia?
To było zderzenie z betonem. Przez splot wydarzeń – powstanie Solidarności i stan wojenny – będąc piłkarzem GKS-u Żory trafiłem na kopalnię Krupiński w Suszcu. Jako młody „piłkarzyk” byłem tam traktowany przez starych hajerów z wyjątkową surowością. Pracowałem przy przewozie, wypychałem wagoniki z urobkiem. Wstawałem o czwartej rano, szedłem dwa kilometry piechotą do autobusu, a o szóstej następował zjazd 900 metrów pod ziemię.
To niesamowite, bo jednocześnie w weekendy potrafił Pan pojechać do Warszawy, by iść do teatru.
To był niesamowity dysonans poznawczy. W sobotę wieczorem siedziałem w Teatrze Dramatycznym, patrząc na Holoubka czy Fronczewskiego, a w poniedziałek rano byłem już na szychcie, brudny od pyłu węglowego. To były dwa skrajne światy, które we mnie współistniały. Czułem, że muszę się stamtąd wyrwać. Próbowałem wszystkiego – nawet nocnej pracy w piekarni pod Warszawą, którą wzięliśmy w ajencję gdzie pracowaliśmy prawie 3 miesiące z moim przyjacielem, tracąc przy tym wszystkie oszczędności odłożone na wymarzonego „Malucha”. (w latach 70 i 80 „Maluch”, czyli Fiat 126p był szczytem motoryzacyjnych marzeń dla przeciętnego Polaka – to informacja dla młodszych czytelników przyp. aut.)

Trochę historii: tak się kiedyś pracowało… (fot. Archiwum prywatne Lucjana Siwczyka)
I wtedy, niemal przypadkiem, na Pana drodze stanął Spodek?
Wraz moim przyjacielem w czasie stanu wojennego szukaliśmy jakiejkolwiek pracy, żeby przetrwać zimę. Wróciliśmy do Katowic i idąc przez katowicki rynek, zobaczyłem te wielkie okna Spodka i zaproponowałem: „Mirek, może tam potrzebują kogoś do mycia szyb?”. Pani w kadrach spojrzała na nasze papiery – obaj byliśmy technikami elektrykami. Powiedziała: „My nie potrzebujemy sprzątaczy, my potrzebujemy elektryków!”. Dwa dni później byłem już w środku.
To tam pierwszy raz zobaczył Pan światło z tej drugiej strony?
W Spodku w tamtych czasach odbywało się dużo koncertów, władza traktowała je jako tzw. „wentyl bezpieczeństwa” odciągając młodzież od politykowania (rozmówca oddaje tym sformułowaniem nastroje społeczno- polityczne w kontekście chylącego się komunizmu w Polsce – to również przypis autorski dla młodszych czytelników). Koncerty Lady Pank, Republiki czy Maanamu odbywały się tam jeden po drugim. Ja, zwykły elektryk na etacie, wieczorami zapisywałem się na obsługę imprez. Stałem na „followspocie” i kierowałem tymi wielkimi, ręcznymi reflektorami. Patrzyłem na techników, którzy przyjeżdżali z zespołami – byli zmęczeni, czasem pijani, ale ja im strasznie zazdrościłem. Myślałem: „Boże, jakby to było fajnie pracować tak z artystami”.

Magazyn Transcolor robi wrażenie: bez problemu pomieści tony sprzętu. (fot. Archiwum prywatne Lucjana Siwczyka)
Zatem jesteśmy w miejscu gdzie pracował Pan tam jako etatowy elektryk, ale wieczorami, zamiast wracać do domu, zostawał Pan na koncertach. Co właściwie, w tamtym świecie było tak magnetycznego?
To był czas, kiedy estrada stanowiła jedyny kolorowy element w szarej rzeczywistości. Spodek był wtedy centrum wszechświata – gościł największe gwiazdy, od Lady Pank po Republikę i Mannam Perfekt ale także gwiazdy zagraniczne jak Elton John, Cliff Richard czy Deep Purple. Ja, jako pracownik techniczny, miałem dostęp do zaplecza sceny, co dla zwykłego widza było nieosiągalne. To właśnie „w mroku Spodka”, pośród hałasu rock’n’rolla, poczułem, że znalazłem swoje miejsce.
Ta wolność szybko Pana wciągnęła. Zmienił Pan stabilny etat na niepewną pracę w trasie.
Tak, to był skok na głęboką wodę. Estrada Śląska ( jedna z kluczowych agencji impresaryjnych dot. organizacji koncertów w czasach PRL przyp. aut.) szukały oświetleniowca. Razem z moim przyjacielem Mirkiem zdecydowaliśmy się rzucić Spodek i ruszyć w Polskę. Pamiętam nasz pierwszy wyjazd – to były koncerty Andrzeja Rybińskiego który wygrał festiwal w Opolu piosenką „Nie liczę godzin i lat”. Jeździliśmy po całej Polsce, od maleńkich domów kultury po wielkie hale. To była szkoła rzemiosła w najbardziej surowej formie.

Każdy, kto przekroczy próg magazynu, odkryje w nim prawdziwe perełki oświetleniowe. (fot. P. Murlik)
W tamtych czasach o profesjonalnym sprzęcie można było tylko pomarzyć. Na czym Pan wtedy pracował?
Estrada Śląska miała stare, ciężkie reflektory, często przerabiane domowymi sposobami. Nie było komputerowych sterowników, wszystko działo się manualnie, „na czuja”. To właśnie wtedy po koncercie Eltona Johna w Spodku gdzie zobaczyłem prawdziwe reflektory estradowe Par 64 postanowiłem wykonać własnoręcznie własne reflektory na ich wzór. ktoś powie; mogłem je po prostu kupić. W tamtym czasie 1 Par 64 z żarówką kosztował ok 80 USD a ja przez cały miesiąc zarabiałem w złotówkach w przeliczeniu ok 20-30 USD.W ciągu prawie 2 lat wykonałem takich reflektorów 120 sztuk, także dimery, konsoletę i elementy konstrukcyjne pozwalające montować reflektory na scenie. W 1986 roku założyłem prywatną działalność pod nazwą „Oświetlenie Estradowe Lucjan Siwczyk”.
To prawda. Widzę tutaj w gablocie reflektor przypominający PAR ,rozumiem że jest to jeden z tych reflektorow wykonanych w latach 80-tych?
Dokładnie tak, do końca lat osiemdziesiątych na tych reflektorach obsłużyłem dziesiątki jeśli nie setki koncertów np. Rawę Blues czy Odjazdy w Spodku ale też wiele koncertów takich artystów jak: zespół Vox, Irena Jarocka, Irena Santor, Andrzej Rybiński, Dżem czy Perfekt.
Czy wtedy czuł się Pan już artystą, czy wciąż rzemieślnikiem?
Zawsze uważałem się za rzemieślnika z ambicjami. Dzisiaj w branży mamy wielu techników którzy stają się szybko operatorami, potrafią sprawnie klikać w konsolę, ale brakuje im tej intuicji, którą my musieliśmy wypracować, bo przecież technologia w tamtych czasach nas nie wyręczała. Wtedy każdy ruch suwaka musiał być zsynchronizowany z muzyką, z oddechem artysty. To była praca wręcz fizyczna, połączona z ogromnym skupieniem.

Co uderzyło mnie w samym sercu Transcolor? Porządek, ład i absolutny brak pośpiechu. Myślę, że wielu właścicieli firm rentalowych mogłoby się tu sporo nauczyć. (fot. P. Murlik)
Trasy koncertowe w latach 80. to nie tylko blask świateł, ale też życie w drodze, które bywało… wyniszczające…
To prawda, tempo było mordercze. Często robiliśmy pięć różnych projektów w ciągu trzech dni. Pogoń za pieniędzmi, wieczne niedospanie – to sprawiało, że wielu ludzi zjadało własny ogon. Ja miałem tę przewagę, że dobrze się prowadziłem. (picie alkoholu, w czasach PRL było elementem powszechnym w niektórych wypadkach również w czasie pracy – to kolejne sprostowanie dla młodych czytelników przyp. aut.). Byłem dość… „ułożony”. To pozwoliło mi zachować jasny umysł i wolny czas poświęcałem na budowanie własnej pozycji i rozwój firmy. Wiedziałem, że praca „na etacie” w Estradzie to tylko przystanek. Chciałem też mieć wpływ na to, jak te widowiska wyglądają od początku do końca.
Kolejny zdaje się kluczowy moment, to tzw. transformacja ustrojowa w 1989/1990 roku. To zdaje się dla Pana czas wielkich zmian. Z etatu w Estradzie przeszedł Pan na własny rachunek. Jak wyglądały początki firmy, która dzisiaj stała się gigantem?
Do tego etapu dotrwałem na moim własnoręcznie wykonanym sprzęcie. Od początku lat dziewięćdziesiątych kiedy tzw. transformacja zmieniła wszystko dzięki kolejnemu splotowi okoliczności zacząłem zarabiać poważniejsze pieniądze wożąc prasę zagraniczną z Berlina do polskich hoteli i zagranicznych firm co pozwoliło mi inwestować w profesjonalny sprzęt na poziomie europejskim. To wtedy powstał Transcolor. Pierwszym dużym wyzwaniem była trasa z De Mono i Varius Manx potem Anrzeja Piasecznego, Kasi Kowalskiej, zespołów Hey, Perfect i Lady Pank. To wtedy Transcolor zaczął nabierać kształtów – nie jako korporacja, ale jako grupa ludzi, którzy chcieli robić technikę inaczej, lepiej.

Z cyklu: jak na kratownicy powinny wyglądać trasy kablowe… (fot. P. Murlik)
Pana firma przetrwała transformację ustrojową i wszystkie kryzysy branży. Jaki jest klucz do tej długowieczności?
Sukcesywnie przychodzili do nas młodzi ludzie, którzy pracując ze mną przesiąkali moją mentalnością i podejściem do pracy oczywiście wnosząc swój talent i rozwijając swoje umiejętności. Liczyła się przede wszystkim lojalność i rzetelność w pracy. Zawsze powtarzam, że sprzęt można kupić, ale ekipy nie da się podrobić. W Transcolorze mamy ludzi, którzy są ze mną od 20, 30 lat. To jest fundament. Druga rzecz to pieniądze. Widziałem wiele firm, które zjadała chęć natychmiastowego zysku. Ja wolałem długofalowo inwestować w jakość i relacje. Kiedyś fascynowała nas praca dla artysty dla efektu końcowego jakim jest reakcja publiczności, pieniądze były na drugim miejscu. Dziś branża bywa coraz bardziej skupiona na zysku. Ja staram się zachować w tym wszystkim balans i ludzką twarz.
Bardzo ważnym etapem naszego rozwoju była i jest współpraca dla nowo powstałych telewizji jak TVN i Polsat dzięki którym mogliśmy oświetlać bardzo wiele programów i koncertów telewizyjnych na festiwalach np. w Sopocie kończąc, rownież współpraca z agencjami koncertowymi jak Live Nation, Prestige MJM czy Alter Art dała nam możliwość pracy dla największych światowych gwiazd światowej sceny muzycznej. Wtedy też Transcolor jako pierwszy w Polsce zaczął inwestować w ruchome głowy, które zrewolucjonizowały rynek oświetlenia scenicznego. Nawet przez kilka lat byliśmy przedstawicielem VARI*LITE pierwszej i najlepszej marki na świecie.
Kolejnym naszym krokiem milowym było powstanie naszych hal zdjęciowych i profesjonalnego magazynu i serwisu technicznego. Dało nam to stabilizację na wiele lat.

Firmowa flota samochodowa gotowa do działań na terenie całego kraju. (fot. Archiwum prywatne Lucjana Siwczyka)
Patrząc wstecz na drogę z Orzesza do własnego, dużego studia – czy czuje się Pan spełniony?
Mogę powiedzieć, że tak moja historia pokazuje, że marzenia mają sens, nawet jeśli jesteś z małej miejscowości bez perspektyw. Ważne jest, by po drodze nie zgubić tej wrażliwości, którą miałem jako dzieciak czytający książki przygodowe. Transcolor to nie tylko lampy i konstrukcje. To dowód na to, że etos pracy wyniesiony ze Śląska, połączony z odrobiną artystycznego szaleństwa, przynosi efekty.
Dziś, mając 65 lat i zbliżając się do emerytury, o czym Pan marzy?
O tym, żeby w naszej branży było po prostu uczciwie a konkurencja polegała na poprawie własnej jakości a nie na szkodzeniu innym. Żeby technika estradowa wciąż współtworzyła wydarzenia artystyczne a nie tylko była usługą dostarczenia i obsługi sprzętu. I żeby młodzi ludzie, którzy wchodzą w ten świat, mieli w sobie tyle samo pasji, co kiedyś my, mający dużo mniejsze możliwości technologiczne staraliśmy się być częścią widowiska artystycznego.
Na koniec pozwolę sobie na osobistą refleksję. Wszystkie te moje zawodowe „sukcesy”, o których tu opowiadam nie byłyby możliwe gdyby nie moja Wiara w Boga. Wychowany w wierze katolickiej jak większość nastolatków też kontestowałem potrzebę Wiary w tamtym czasie. Jednak u progu dorosłego życia szukając jego sensu dostąpiłem w wieku 22 lat łaski prawdziwego nawrócenia do Pana Boga. Zbiegło się to w czasie z rozpoczęciem mojej pracy w Spodku i towarzyszy mi w kolejnych 45 latach mojego życia również zawodowego, jestem pewien że Wiara uchroniła mnie przed wieloma „pokusami”, które niesie ze sobą nasza branża. Dzisiaj mogę z coraz większym przekonaniem powtórzyć za św. Augustynem: Jeśli Bóg jest na pierwszym miejscu w Twoim życiu to wszystko inne będzie na właściwym” w moim życiu się to sprawdziło.

Kto poznał pana Lucjana, ten wie: rozmowom nie było końca i trudno stąd wyjść. To prawdziwy świetlik z pasją. (fot. P. Murlik)
Światło, które nie gaśnie
Siedząc naprzeciwko Lucjana Siwczyka, trudno oprzeć się wrażeniu, że rozmawia się z kimś, kto oszukał przeznaczenie, nie tracąc przy tym ani krztyny pokory. W branży, która dziś często przypomina bezduszną, korporacyjną maszynę, Lucjan pozostaje ostatnim bastionem romantyzmu. Dla mnie, po tej rozmowie, Transcolor przestaje być tylko nazwą na case’ach i ogromnym studio pod Warszawą. To żywy dowód na to, że śląski etos – ten szacunek do ciężkiej, fizycznej roboty, do „szychty”, którą trzeba „odpykać” bez narzekania – można przenieść na grunt najwyższej próby artyzmu. Pan Lucjan nie „zarządza zasobami ludzkimi”. On buduje wspólnotę opartą na lojalności, której nie kupi się za żadne pieniądze. Najbardziej uderzyła mnie jego odwaga do… odpuszczania. W świecie, gdzie każdy chce być „naj”, on potrafił powiedzieć: „moi chłopcy robią to lepiej na konsoletach, ja zajmę się fundamentami”.
Lucjan Siwczyk to zwykły człowiek pamiętający o swoich korzeniach i wartościach dzięki którym pozostał sobą. I może właśnie dlatego jego światło jest tak prawdziwe? Bo nie bierze się tylko z prądu i diod LED, ale z przeżyć człowieka, który wie, że aby świecić najjaśniej, trzeba najpierw poznać prawdziwy mrok. Wychodzę z tej rozmowy z jednym przemyśleniem: marzenia rzeczywiście się spełniają, ale tylko wtedy, gdy masz odwagę za nie zapłacić – czasem zmęczeniem, czasem utraconym „maluchem”, a zawsze – ciężką pracą.
Rozmawiał: Paweł Murlik, Muzyka i Technologia





