Czasem mówi się o jakimś mikrofonie, że jest legendarny, wyznaczył standardy, że używa go większość osób z danej branży itd. W przypadku dynamicznego Shure SM7B nie są to tylko słowa, ale po prostu fakty. Skonstruowany jako wokalny, optymalizowany do pracy z głosem w każdej postaci, jest być może najczęściej wykorzystywanym w radiu czy w wielu innych miejscach modelem. A warto dodać, że pierwsza wersja, czyli SM7, pojawiła się na rynku w 1973 roku, zaś wariant z literą B jest z nami od 2001 roku. Popularność YouTube, podcastów, vlogów, publikowanych tam wywiadów, przyniosła także jeszcze większą sławę SM7B. Ma na tyle charakterystyczny kształt (a przy tym całkiem słuszne rozmiary), że nie sposób go pomylić z innymi. Używają go poważne redakcje, radio, telewizja, a także twórcy treści, dla których jakość dźwięku jest kwestią priorytetową. Tymczasem producent postanowił wprowadzić na rynek nową odmianę, oznaczoną SM7dB i wyposażoną we wbudowany przedwzmacniacz.

Jest to niewątpliwie reakcja na zapotrzebowanie rynkowe i ogromną popularność mikrofonu wśród autorów podcastów, pracujących w domu muzyków, realizatorów itp. Dodanie wysokiej klasy przedwzmacniacza ułatwia uzyskanie odpowiedniego dźwięku, od razu i bez potrzeby stosowania kolejnych urządzeń po drodze. Tym samym potencjalny użytkownik nie musi koniecznie mieć interfejsu audio z dobrymi preampami, bowiem takowy jest już w samym mikrofonie. Oczywiście ten element można pominąć (dzięki przełącznikowi bypass) i wówczas mamy dokładnie to samo, co w przypadku klasycznego SM7B. Warto zresztą zauważyć, że od jakiegoś czasu mamy do czynienia z takim trendem – producenci oferują mikrofony, które są właściwie studiami w miniaturze – mają przedwzmacniacze, a czasem nawet interfejsy audio (rzecz jasna nie w omawianym wypadku). Shure SM7dB to narzędzie w pełni profesjonalne, adresowane do najbardziej wymagających użytkowników. Oferujące doskonały (jak często można przeczytać w materiałach reklamowych: „legendarny”) dźwięk, przydatne funkcje i gwarantujące niezawodność w każdej sytuacji. Bądźmy zresztą szczerzy, każdy doświadczony realizator, radiowiec, muzyk na sam widok tego mikrofonu czy dźwięk jego nazwy od razu się uśmiechnie, bo przecież to klasyk nad klasykami. Pora zatem przyjrzeć się mu bliżej.

Mikrofon Shure SM7dB w całej okazałości, ze znajdującym się w zestawie specjalnym chwytem do montażu na statywie czy też wysięgniku. (fot. D. Mazurowski)

SM7 i jego kolejne wersje (współcześnie zatem SM7B i SM7dB) mógłby być bohaterem książki albo dokumentalnego filmu. Używany przez dziennikarzy, radiowców, wokalistów, a nawet… polityków, stał się świadkiem i właściwie uczestnikiem historii. Nie tylko muzyki, radia, telewizji. I choć to może wydać się wręcz niemożliwe, użyta technologia sięga czasów przedwojennych. W latach 30. użycie mikrofonów było już dość powszechne, ale gdy spojrzymy na archiwalne zdjęcia, stanie się jasne, że były to konstrukcje duże, ciężkie i przez to nieporęczne. Niewygodne w pracy studyjnej, ale jeszcze bardziej w przypadku zastosowań scenicznych. Wokaliści byli niejako przywiązani do umieszczonych na statywach mikrofonów, bo wzięcie ich do ręki i większa ekspresja były trudne do wyobrażenia. W tamtym czasie Shure był już uznanym producentem, rozwijającym własną linię mikrofonów, a konstruktorem, który dokonał prawdziwej rewolucji okazał się Ben Bauer. Opracował pierwszy na świecie jednoczęściowy, kierunkowy mikrofon dynamiczny, który wykorzystywał technologię nazwaną Unidyne. Bez cienia przesady możemy powiedzieć, że stał się on protoplastą wszystkich tego typu konstrukcji, włącznie z najnowszymi. Model oznaczony numerem 55 miał premierę rynkową 29 kwietnia 1939 roku. Ben Bauer doszedł do wniosku, że wady wcześniejszych mikrofonów można wyeliminować stosując pojedynczy element dynamiczny, zamiast dwóch – co było powszechną praktyką. Polegała ona na tym, że łączono działanie kartridżu wszechkierunkowego z ósemkowym i w ten sposób uzyskiwano charakterystykę kardioidalną. Przynajmniej w teorii, bo w praktyce wzór nigdy nie był idealny, oba elementy różniły się pod względem przenoszenia, co sprawiało, że uzyskanie naturalnego dźwięku nie było łatwe. Zbudowanie pojedynczego elementu byłoby więc receptą na wszystkie bolączki, choć – jak się okazało – nie było to takie łatwe. Nie będziemy zresztą przedłużać tej opowieści, dość powiedzieć, że Bauer (po wielu próbach) skonstruował kartridż, który miał otwory po obu stronach i fala dźwiękowa docierała do membrany zarówno z przodu, jak i z tyłu – ale w drugim wypadku z pewnym opóźnieniem, wynikającym po prostu z dłuższej drogi i odpowiednio dobranego oporu akustycznego (napotykanego w przypadku tylnych otworów). Okazało się, że w ten sposób można uzyskać pożądany wzór kierunkowości, w dodatku stosując pojedynczy element. To był początek długiej serii mikrofonów wykorzystujących technologię Unidyne (z czasem drugiej i trzeciej generacji) – a należą do nich takie klasyki, jak SM57, SM58 i oczywiście SM7 (nb. to SM w nazwie jest skrótem od Studio Microphone). W ten sposób docieramy do naszych czasów i modelu, który jest bohaterem tego artykułu. Na marginesie wypada tylko podziwiać innowacyjność pomysłu Bena Bauera, skoro także dziś jest on podstawą konstrukcji spełniającej oczekiwania współczesnych odbiorców.

Po zdjęciu piankowej osłony widzimy masywny grill i znajdującą się w nim kapsułę. (fot. D. Mazurowski)

SM7dB wygląda niemal identycznie jak model SM7B, jedyną zauważalną z zewnątrz różnicą (poza symbolem modelu) są przełączniki przedwzmacniacza. Mikrofon jest duży, ciężki, ale też przeznaczony do montażu na statywie albo wysięgniku – w tej drugiej wersji chyba nawet częściej (co podkreśla radiowe i studyjne przeznaczenie). Stąd też taka, a nie inna domyślna orientacja elementów kontrolnych i napisów z tyłu korpusu. Gdy trzymamy mikrofon uchwytem w dół, zatem gdy jest zamocowany na standardowym statywie, napisy są do góry nogami, ale gdy powiesimy SM7dB na wysięgniku, wszystko będzie jak powinno. Jeśli jednak komuś to przeszkadza, można rozebrać widełki i odwrócić całość, by napisy były odpowiednio zorientowane. Generalnie widełkowaty uchwyt stanowi integralny element, pokrętła po obu stronach luzują śruby, co pozwala na ustawienie całości pod odpowiednim kątem. Gniazdo XLR znajduje się na samym uchwycie, a nie w korpusie i od niego ciągnie się kabel do obudowy. Jest to może rzadziej spotykane rozwiązanie, ale dostosowane do podwieszania na wysięgniku i bardziej typowe dla radia i telewizji. Pozwala na lepszą organizację kabla, który nie wisi gdzieś za mikrofonem i nie przeszkadza, ani też nie gryzie się ze scenografią, gdy mamy do czynienia z materiałem audiowizualnym. Być może ów kabel dałoby się poprowadzić nieco dyskretniej, ale cały czas mam w pamięci, że takie rozwiązanie stosowane jest od 1973 roku, ponad 50 lat. I się sprawdza. Bo SM7dB właściwie nie rożni się wizualnie od pierwszego SM7. Wypada dodać, że całość jest bardzo dobrze wyważona, co gwarantuje stabilność także na statywie – jednak wybierając jakiś lżejszy typ, dobrze jest mieć na uwadze, że mikrofon jest dość masywny. Do uchwytu otrzymujemy w zestawie dokręcany adapter, dopasowujący do innego gwintu.

Konstrukcja nie tylko gwarantuje mechaniczną osłonę kluczowych podzespołów, ale także właściwe rozchodzenie się fali dźwiękowej. (fot. D. Mazurowski)

Omawiany model charakteryzuje się klasycznym wzornictwem, które, co prawda, pochodzi z zupełnie innej epoki, ale jest na tyle ponadczasowe, że po latach nadal wygląda po prostu dobrze. SM7dB jest czarny, elegancki i natychmiast rozpoznawalny. Połowę długości stanowi osłona z miękkiej pianki, na dole przymocowanej do obręczy z tworzywa. Jej zdejmowanie i zakładanie jest więc bardzo łatwe. Nabywca otrzymuje także drugą osłonę, znacznie grubszą i nadającą się np. do pracy na zewnątrz, gdy wieje wiatr. Pod zdjęciu piankowej nakładki widać solidny walcowaty grill o dość dużych okach. Wewnątrz zaś znajduje się to, co od lat jest sercem dynamicznych mikrofonów Shure, czyli kartridż Unidyne. Z przodu widać zresztą szereg otworów, o których wspominałem wcześniej. Ogólne wrażenie jest bardzo dobre, jakość wykonania, dopasowanie elementów, wykorzystane komponenty. Ale to jednak Shure, do tego słynna siódemka, a dziedzictwo zobowiązuje. Z tyłu korpusu mamy niewielki panel sterowania z czterema przełącznikami, przy czym dwa są już znane z innych wariantów. Pozwalają na modyfikację charakterystyki przenoszenia. Możemy zatem wybrać płaską, względnie dopasować ją do naszych potrzeb. Jeden z przełączników aktywuje filtr odcinający najniższe pasmo i eliminujący basowe tony, które na czytelność mowy mają minimalny wpływ, a mogą zakłócać. Drugi sprawia, że wyższy środek (gdzie lokuje się znaczna część energii ludzkiego głosu, mająca kluczowy wpływ na czytelność) zostaje wyraźnie podbity. Od razu jednak wypada dodać, że te dwie funkcje w niewielkim stopniu koloryzują uzyskany dźwięk, bardziej zaś wpływają na zrozumiałość wyrazów – a to ma duże znaczenie w przypadku wywiadów, prowadzenia audycji radiowych, ale także i partii wokalnych. Na pewno warto jednak sprawdzić jak w konkretnej sytuacji sprawdzi się któraś z tych funkcji, bo jeśli tak nagramy materiał, to efektów cofnąć się już nie da. Pod tymi przełącznikami znajdują się dwa koleje, przy czym ten z lewej włącza/wyłącza przedwzmacniacz, podczas gdy drugi określa poziom wzmocnienia, albo +18 dB albo +28 dB. SM7dB jest mikrofonem dynamicznym, zatem sam z siebie nie potrzebuje zewnętrznego zasilania, inaczej rzecz ma się z preampem – by z niego skorzystać, musimy włączyć w interfejsie, mikserze czy innym urządzeniu Phantom (standardowe 48 V). Konstruktorzy zadbali o to, by ten dodatkowy element w żadnym stopniu nie wpływał na charakterystykę samego mikrofonu – słowem, czy nagrywamy z przedwzmacniaczem czy bez, przenoszenie całego pasma jest takie samo. Różnicą jest poziom i co za tym idzie, często także wynikowa jakość, odstęp od szumu itd. Jeśli korzystamy z odpowiedniej klasy interfejsu, który ma własny przedwzmacniacz mikrofonowy, wówczas nie ma to znaczenia. Ale w przypadku osób, które takowego nie mają, albo nie jest on najwyższej jakości, SM7dB – kolokwialnie mówiąc – robi całą robotę i różnica jest odczuwalna. Na plus oczywiście. W przypadku wywiadów, gdy rozmówca znajdzie się w pewnej odległości od mikrofonu, czy delikatnych wokali, wzmocnienie o 18 czy nawet 28 dB będzie absolutnie wystarczające. Warto bowiem mieć na uwadze to, że z samej definicji mikrofon dynamiczny ma mniejszą czułość niż pojemnościowy, zaś technologia Unidyne generalnie zawsze charakteryzowała się niską czułością. Kiedyś zresztą wydawało się to wadą, ale z drugiej strony, potrzeba wzmocnienia, mocnego podbicia poziomu wykreowała coś, co stało się światowym standardem gdy chodzi o brzmienie radiowe.

Omawiany model charakteryzuje się klasycznym wzornictwem, które, co prawda, pochodzi z zupełnie innej epoki, ale jest na tyle ponadczasowe, że po latach nadal wygląda po prostu dobrze. (fot. D. Mazurowski)

SM7DB w praktyce
Testowany mikrofon jest kolejnym wariantem klasyka, który znamy od pół wieku. Konstrukcja, rozwiązania techniczne, a także kształt i wzornictwo są zatem sprawdzone i pomyślnie przeszły praktyczną weryfikację. Jest to dynamiczny mikrofon wokalny o charakterystyce kardioidalnej, oferujący coś, co stało się standardem w branży. Mówi się, co prawda, że SM7 i jego kolejni następcy, zatem i omawiany model mają typowo radiowe brzmienie, ale tak naprawdę jest to mikrofon o dość wyrównanej charakterystyce i wiernie oddający wszystkie niuanse źródła. Oczywiście konstrukcja jest optymalizowana do pracy z ludzkim głosem, by właśnie ten materiał został jak najlepiej oddany. Ze wszystkimi szczegółami, czytelnie i klarownie. Jednak jest coś takiego, że słynna siódemka zdefiniowała radiowe brzmienie głosu. Zapewne każdy z nas, słuchając kiedyś czy obecnie radia, podcastów itp. produkcji zetknął się wiele razy z głosem ujmowanym za pomocą SM7 i jego następców. Można więc powiedzieć, że jesteśmy przyzwyczajeni do tego i traktujemy tę wersję jako coś naturalnego. Wielką zaletą SM7dB jest zatem jego naturalność i uniwersalność. On po prostu w każdych warunkach odda wszystkie kluczowe aspekty, szczegóły głosu, sprawiając, że będzie czytelny i naturalny. A także sprawi wrażenie bliskiego. Mikrofon ma bardzo dobre pasmo przenoszenia, zawierające się w zakresie od 50 Hz do 20 kHz. Impedancja przy wyłączonym przedwzmacniaczu wynosi 150 Ω, przy włączonym 27 Ω. Przedwzmacniacz, będący w pełni nowoczesną konstrukcją, przeznaczony jest do współpracy z tym konkretnie mikrofonem, a z drugiej strony z dowolnym interfejsem audio – charakteryzuje się niskim poziomem szumów własnych, odpowiednim poziomem wzmocnienia i bardzo wysoką jakością. Nie wpływa w żaden sposób na walory przenoszenia SM7dB.

Tylna ściana mikrofonu i widoczne przełączniki filtrów oraz przedwzmacniacza. (fot. D. Mazurowski)

Testowany model jest bardzo prosty w obsłudze, a wyposażenie go w przedwzmacniacz jeszcze poszerzyło zakres zastosowań – teraz nie ma już tak wysokich wymagań stawianych zewnętrznym przedwzmacniaczom, bo ten wbudowany zapewnia odpowiedni dźwięk: jego poziom, jakość. Mikrofon sprawdzi się zatem w dużym studiu telewizyjnym, radiu, przy nagraniach partii wokalnych, na planie filmowym itd. Przystosowano go do podwieszenia na wysięgniku, co jest standardem pracy w wielu takich miejscach. Ale dzięki preampowi doskonale nadaje się jako narzędzie pracy autorów podcastów, prezenterów z mniejszych rozgłośni internetowych – bowiem sam w sobie zawiera niemal wszystko, co jest potrzebne do pracy.

Radiowe przeznaczenie mikrofonu podkreśla domyślny sposób montażu na wysięgniku.

Jak już wspomniałem, SM7dB oferuje tak pożądane, naturalne i czytelne brzmienie radiowe, które weszło już do kanonu branży. Gdy ustawimy płaską charakterystykę, bez filtrów, wówczas przenoszenie jest dość wyrównane w całym spektrum. W najniższym paśmie jest lekki spad, do -5dB, ale do 100 Hz następuje wyrównanie i krzywa jest niemal płaska aż do niemal 5 kHz, gdzie mamy do czynienia z minimalnymi górkami, rzędu +2 dB. W żaden sposób nie zmieniają barwy, ale nieco poprawiają czytelność mowy. W okolicach 7 kHz jest lekki spad (jakieś -3 dB) i znowu wyrównanie do kilkunastu kHz. Od mniej więcej 14 kHz zaczyna się wyraźniejszy spadek, który jednak w przypadku materiału wokalnego nie ma żadnego wpływu na jego jakość. Włączając filtr górnoprzepustowy uzyskujemy tłumienie dołu, maksymalnie (czyli okolicach 50 Hz) wynosi ono niemal -24 dB, czyli już naprawdę sporo. Potem krzywa łagodnie idzie w górę, wyrównując się w okolicach 350 Hz. Z kolei podbicie drugim przełącznikiem (filtrem półkowym) daje nam wyraźny wznios od 700 Hz, w maksymalnych punktach (na przykład 3,5 Hz i 7 Hz) wynoszący około 5 dB. W efekcie mowa (zwłaszcza właśnie mowa) staje się czytelniejsza, pełniejsza, ale bez wyraźnej koloryzacji. Można zatem powiedzieć, że oba przełączniki są bardzo pożytecznym elementem, ułatwiającym pracę i uzyskanie pożądanych efektów.

Shure SM7dB nawiązuje do tradycji i z pewnością doskonale odnajdzie się w wielu studiach.

Podsumowanie
Niezwykle rzadko się zdarza, by jakiś produkt już w chwili wejścia na rynek stał się klasykiem, ale w tym wypadku mamy przecież do czynienia z legendarnym mikrofonem, do którego dodano przedwzmacniacz. Ale to wciąż ta sama legenda radia, telewizji, studiów nagraniowych itd. Z tym samym brzmieniem, walorami użytkowymi, jakością. SM7dB jest więc skazany na sukces, a dodanie preampu było strzałem w dziesiątkę, bo jeszcze zwiększy zainteresowanie tym modelem, sprawiając, że nie trzeba już będzie się martwić o jakość pośrednich komponentów, jak choćby toru mikrofonowego w interfejsie. Choć zatem jest to nowy model, to tak naprawdę stoi za nim 50-letnia tradycja i sprawdzone rozwiązania techniczne. Wszystko zatem wskazuje na to, że legenda siódemki będzie trwać.

Tekst: Dariusz Mazurowski, Muzyka i Technologia